Coś nowego w moim życiu

Jako że z powodu leków mam ostatnio problem z jedzeniem i, co za tym idzie, wagą, psycholog namówiła mnie na wizytę u dietetyczki. Krygowałam się trochę, bo utarło się we mnie takie myślenie, że kto normalny chodzi do dietetyczek, zresztą to kosztuje i wymaga dużo poświęcenia, ale w końcu zdecydowałam się jednak umówić. Powyższa bolączka jest dla mnie dosyć poważna (w sumie jak może nie być!), źle się czuję przy obecnej wadze, tak że musiałam wreszcie zebrać się w sobie i pójść.

Jestem już po pierwszej wizycie i co zrobiło na mnie największe wrażenie: dowiedziałam się, że z 24 kilo, które przytyłam, 21 to nadmiar wody, a tylko 3 to tłuszcz. I to mimo tego, że miałam takiego hopla na punkcie słodyczy, że nie mogłam sobie z tym poradzić. Wszystko przez leki. Jeden już mam odstawiony, bo podnosił mi prolaktynę, o której już wspominałam w poprzednim wpisie, ale została reszta, nie tak okropna wprawdzie jak ten wyżej wspomniany, jednak nadal niedobra dla mojego organizmu. No ale niestety, muszę je brać.

Szczerze przyznam, że poczułam się odrobinę pocieszona, bo mimo wszystko tego tłuszczu jest mało, chociaż nie wiem ile zajmie mi pozbycie się całej tej wody. Na szczęście dostałam na to specjalny preparat, więc pożyjemy, zobaczymy.

Zmotywowało mnie to do działania i mimo że całkowita zmiana sposobu żywienia, jaką zaleciła mi dietetyczka, będzie dla mnie dużym wyzwaniem, jestem zachęcona, żeby się postarać. Co tydzień mam mieć kontrole i ciekawi mnie, jakie będą efekty. Będzie ciężko, będzie kosztownie, ale trzeba się poświęcić dla zdrowia. I odzyskania zadowolenia z siebie. Oby się udało.

Co ja tu robię?

Nie mogę spać. Psychiatra zmniejszył mi dawkę leku i stałam się przez to nerwowa bez wyraźnego powodu. A zmniejszył dlatego, że rozregulowały mi się cykle miesiączkowe, tak że przez 3 miesiące nie miałam wcale okresu, po czym pojawiły się 2 względnie normalne, a ostatni mocno się spóźnił.

Ze szpitala już wyszłam, ale na własne żądanie. Czułam się tam inaczej niż poprzednio, może nie jakoś bardzo źle, ale nie mogłam, a właściwie nie potrafiłam zmusić się, żeby zintegrować się z tymi ludźmi. Byli jacyś tacy… niby także zaburzeni, jednak inaczej niż ja i nie czułam się taka jak oni, a bardziej inna niż w normalnym życiu. Poza tym, że tym razem na oddziale znajdowały się osoby z trudniejszymi problemami niż w 2009, a ze mną jest lepiej niż wtedy i przejmowała mnie myśl, co ja tam właściwie robię. Po prostu z wyjazdem tam popełniłam błąd.

Ale powrót do domu nie był radosny. Nie byłam w pracy ponad miesiąc, więc musiałam znowu stanąć na komisji lekarskiej. I po raz kolejny nie dostałam pozwolenia na pracę przy maszynach i na wysokości, co niestety wiąże się z ponownym odsunięciem mnie od pracy. Wprawdzie mój pracodawca złożył odwołanie do Gdańska, ale mam obawy, że nie pójdzie mi tak łatwo jak w grudniu i podtrzymają decyzję mojej miastowej lekarki – bo tym razem psychiatra sam potwierdził jej zdanie. Nie wytłumaczyłam: chodzi o moje leki. Ktoś stwierdził, że oba zaburzają funkcje motoryczne, a co za tym idzie nie mogę pracować przy krajalnicy ani wchodzić na stołek w pracy, bo, mimo że jestem już przyzwyczajona do leków i mam pewność, że nic bym sobie przez nie nie zrobiła, to lekarka medycyny pracy nie chce być odpowiedzialna za ewentualny wypadek. A w pracy wiadomo, też nie chcą mieć problemów. Dlatego mnie odsunęli.

Takie to jest wspaniałe: bez leków nie jestem w stanie normalnie pracować, a z lekami też. Naprawdę boję się, że będę musiała szukać innej pracy. A jacy koledzy mi się trafią? Kto wie, na to, że będą tak wyrozumiali jak większość moich obecnych koleżanek, jest mała szansa. Jeszcze lepsze: większa dawka leku na uspokojenie oznacza brak okresu, mniejsza praktycznie brak pozytywnych rezultatów przy utrzymaniu pozostałych skutków ubocznych. Mam podwyższoną prolaktynę. Przeszło pięciokrotnie.

Ale zmieniając temat. Koleżanka z pracy mówiła, żebym wyszła do ludzi, oddziczała trochę. No to zaprosiłam znajomą z jej rodziną na parapetówkę (raz na sto lat z kimś pogadam, no pięknie). Było miło, czułam się swobodnie i nawet z satysfakcją stwierdziłam, że nie myślałam o tym, żeby już sobie poszli. I taka mnie naszła refleksja – nie jestem już chyba nieśmiała. Mam pewne lęki, owszem, ale większość ludzi jakieś ma. Nie nieśmiałość mnie toczy, tylko ta głupia osobowość schizoidalna.

Na lekach czuję się płytka, bez refleksji. Ktoś przy mnie snuje jakieś głębokie filozoficzne, psychologiczne albo naukowe rozważania, a ja nic, nawet czuję, że to jest jakoś poza mną. Jestem płaska i ta płaskość mnie niepokoi.

A związek? Nie wiemy jak pogodzić pracę tu z pracą tam i umiejscowić wspólne mieszkanie, gdzie będzie najbardziej dogodnie (czyt. najbardziej opłacalne i zarazem najdalsze od psychotycznej przyszłej teściowej). Jak znam moje szczęście, to poczekam na rozwiązanie jeszcze parę lat.

P.S. W kwietniu mój blog skończył 10 lat, czyli ponad 1/3 mojego życia. Kto by pomyślał, że coś tak trywialnego przetrwa tyle czasu.

Aktualności 2

Nie mam weny do pisania ostatnio. Weszłam ty tylko, żeby powiadomić, że jutro jadę do szpitala na oddział nerwic. Mam nadzieję, że pobyt mi chociaż trochę pomoże. Ostatnio nie śpię po nocach mimo leków i naprawdę nie wiem, co się ze mną dzieje. A przez leki przytyłam jak dotąd 15 kilo, przez 3 miesiące nie miałam okresu, spuchły mi stopy i zastanawiam się, jak powiedzieć, że chcę dostać jakieś inne.

W teorii mam być w szpitalu pól roku, w praktyce to dla mnie trochę za długo. Nie wiem, co z pracą będzie, jak będę tyle leżała. I tak ostatnio sobie nie radziłam. Kierowniczka i koleżanki wkurzały się na moją powolność, też przez leki. W pewnym momencie nie wytrzymałam i poszłam na zwolnienie. Za słaba jestem.