Bez wyjścia

Zniknęłam… po raz kolejny. To u mnie chyba standard, że nagle gdzieś ginę bez wieści długi czas albo już wcale się nie pojawiam. Bez słowa wyjaśnienia. Wkurza mnie to, bo wiem, że wkurza innych. To jedna z wielu moich największych wad. Przepraszam za to te nieliczne osoby, które czytały mojego bloga rok temu i z którymi prowadziłam dyskusje w komentarzach także na ich blogach. Nie obiecuję, że znowu tak nie zrobię, bo naprawdę nie mogę. Znając mnie, będę tak znikać jeszcze nie raz, nie dwa. Przykro mi.

Moja obecna sytuacja jest bardzo zła. Dalej nie mam pracy i nie mogę znaleźć nic stałego. Nie nadaję się do zawodu, w którym mam doświadczenie, bo nie mam pozwolenia na pracę na wysokości, na maszynach i w nocy. Mocne kombo. Do tego moja „nieśmiałość” od razu zniechęca potencjalnych pracodawców do zatrudnienia mnie, nie mówiąc o tym, że nikt nie chce mnie przyjąć bez doświadczenia w ich branżach (czy jak to się zwie). Depresję mam od jesieni, zrobiłam się całkowicie niezaradna, śpię tak nieregularnie jak jeszcze nigdy, a od zawsze mam problemy z zasypianiem. Wiele jest sytuacji, kiedy nie jestem w stanie wyjść z domu załatwić moich spraw. Pół roku próbowałam zrobić badanie poziomu prolaktyny, przez co ze wstydu nie szłam do psychiatry, który wypisał mi na to skierowanie – a co za tym idzie nie brałam leków… Cofnęłam się w, nie wiem jak to nazwać, rozwoju zachowania, psychiki o paręnaście lat, a nawet jest chyba gorzej. Widziałam, że psychiatra wpisał mi w kartę F20. Psycholog podchodzi do tego sceptycznie, ja tak samo, ale widzę, że pewne objawy mam, może się to dopiero rozwija, nie wiem.

Już jestem tak zdesperowana, że próbuję na siłę otworzyć firmę, mimo że wiem, że nie poradzę sobie z reklamą i w kontaktach z klientami. Ani nawet nie jestem dość kreatywna, żeby wymyślić coś fajnego, co by się sprzedało.

Myślałam o wyjeździe do Warszawy albo innego miasta za bon z UP, ale wątpię, że cokolwiek tam dostanę. Nie jestem osobą, którą ktoś chciałby zatrudnić. Poza tym, że już tyle razy w ciągu tego roku byłam zrobiona w konia przez pracodawców, że po prostu nie wierzę, że taka operacja się uda…

Żałuję teraz, że mama zabroniła mi się leczyć w technikum. Byłam wtedy raz u psychiatry, na depresję, dostałam receptę na jakieś leki, ale mama powiedziała wtedy, że się od nich uzależnię i że inni mają gorzej. Żeby miała pojęcie, jak bardzo źle ze mną było. I jak źle będzie teraz. Z dokumentacją z tamtego okresu może załatwiłabym sobie rentę socjalną, miałabym chociaż trochę grosza i odciążyłabym rodzinny budżet. Wprawdzie psycholog mówiła, że nie zaszkodzi spróbować w ZUS-ie, ale jest mało prawdopodobne, że mi się uda. Jedynie mogę dostać grupę inwalidzką do pracy, nic więcej.

Nie wiem już, co mam robić. Myślałam, że niedługo będziemy brać ślub z chłopakiem, ale w tej sytuacji nie ma na to szans. Jestem załamana. 6 lat czekania i dalej nic

Jedyne, co mogę przedsięwziąć, to iść do szkoły policealnej i wyuczyć się innego zawodu, no ale i tak muszę mieć jakieś zabezpieczenie finansowe przez 2 lata nauki. A jeszcze psycholog namawia mnie na wyjazd do szpitala. Znowu. Nawet nie wie, jak bardzo tego nie chcę, jak bardzo może mi zaszkodzić w tym momencie.

Czy jest jakieś wyjście?

Życie

Stało się to, czego spodziewałam się od paru tygodni – w poniedziałek zwolnili mnie z pracy. Z powodu moich leków, a raczej tego, co wywołują, kierownictwo nie mogło mi dać odpowiedniego stanowiska w sklepie. Wiedziałam, że będzie duży problem, nawet nie wymagałam, że znajdą mi coś odpowiedniego.

Przygotowywałam się na tę ewentualność, więc nie przeżyłam tego praktycznie wcale, a raczej zaczęłam wybiegać myślą do przodu, ku nowej pracy. Nie wiem jak szybko ją znajdę, ale wszystko przede mną.

Za to kolejna wizyta u dietetyczki była nieco zniechęcająca. Dzięki diecie tłuszcz spadł, oczywiście, ale niestety nadmiar wody wzrósł, co w ostatecznym rozrachunku nie zmieniło za mocno mojej wagi. Wychodzi na to, że drogi suplement, który kupiłam, nic nie daje i poważnie zastanawiam się, czy nie zrezygnować z wizyt i nie wypróbować czegoś tańszego z apteki. Bo jak na razie wydaje mi się, że cała ta sprawa z dietetyczką jest zupełnie niepotrzebna i jedynie uwiązująca do restrykcyjnego jedzenia bez żadnego sensu. Aż się odechciewa.

Co ja tu robię?

Nie mogę spać. Psychiatra zmniejszył mi dawkę leku i stałam się przez to nerwowa bez wyraźnego powodu. A zmniejszył dlatego, że rozregulowały mi się cykle miesiączkowe, tak że przez 3 miesiące nie miałam wcale okresu, po czym pojawiły się 2 względnie normalne, a ostatni mocno się spóźnił.

Ze szpitala już wyszłam, ale na własne żądanie. Czułam się tam inaczej niż poprzednio, może nie jakoś bardzo źle, ale nie mogłam, a właściwie nie potrafiłam zmusić się, żeby zintegrować się z tymi ludźmi. Byli jacyś tacy… niby także zaburzeni, jednak inaczej niż ja i nie czułam się taka jak oni, a bardziej inna niż w normalnym życiu. Poza tym, że tym razem na oddziale znajdowały się osoby z trudniejszymi problemami niż w 2009, a ze mną jest lepiej niż wtedy i przejmowała mnie myśl, co ja tam właściwie robię. Po prostu z wyjazdem tam popełniłam błąd.

Ale powrót do domu nie był radosny. Nie byłam w pracy ponad miesiąc, więc musiałam znowu stanąć na komisji lekarskiej. I po raz kolejny nie dostałam pozwolenia na pracę przy maszynach i na wysokości, co niestety wiąże się z ponownym odsunięciem mnie od pracy. Wprawdzie mój pracodawca złożył odwołanie do Gdańska, ale mam obawy, że nie pójdzie mi tak łatwo jak w grudniu i podtrzymają decyzję mojej miastowej lekarki – bo tym razem psychiatra sam potwierdził jej zdanie. Nie wytłumaczyłam: chodzi o moje leki. Ktoś stwierdził, że oba zaburzają funkcje motoryczne, a co za tym idzie nie mogę pracować przy krajalnicy ani wchodzić na stołek w pracy, bo, mimo że jestem już przyzwyczajona do leków i mam pewność, że nic bym sobie przez nie nie zrobiła, to lekarka medycyny pracy nie chce być odpowiedzialna za ewentualny wypadek. A w pracy wiadomo, też nie chcą mieć problemów. Dlatego mnie odsunęli.

Takie to jest wspaniałe: bez leków nie jestem w stanie normalnie pracować, a z lekami też. Naprawdę boję się, że będę musiała szukać innej pracy. A jacy koledzy mi się trafią? Kto wie, na to, że będą tak wyrozumiali jak większość moich obecnych koleżanek, jest mała szansa. Jeszcze lepsze: większa dawka leku na uspokojenie oznacza brak okresu, mniejsza praktycznie brak pozytywnych rezultatów przy utrzymaniu pozostałych skutków ubocznych. Mam podwyższoną prolaktynę. Przeszło pięciokrotnie.

Ale zmieniając temat. Koleżanka z pracy mówiła, żebym wyszła do ludzi, oddziczała trochę. No to zaprosiłam znajomą z jej rodziną na parapetówkę (raz na sto lat z kimś pogadam, no pięknie). Było miło, czułam się swobodnie i nawet z satysfakcją stwierdziłam, że nie myślałam o tym, żeby już sobie poszli. I taka mnie naszła refleksja – nie jestem już chyba nieśmiała. Mam pewne lęki, owszem, ale większość ludzi jakieś ma. Nie nieśmiałość mnie toczy, tylko ta głupia osobowość schizoidalna.

Na lekach czuję się płytka, bez refleksji. Ktoś przy mnie snuje jakieś głębokie filozoficzne, psychologiczne albo naukowe rozważania, a ja nic, nawet czuję, że to jest jakoś poza mną. Jestem płaska i ta płaskość mnie niepokoi.

A związek? Nie wiemy jak pogodzić pracę tu z pracą tam i umiejscowić wspólne mieszkanie, gdzie będzie najbardziej dogodnie (czyt. najbardziej opłacalne i zarazem najdalsze od psychotycznej przyszłej teściowej). Jak znam moje szczęście, to poczekam na rozwiązanie jeszcze parę lat.

P.S. W kwietniu mój blog skończył 10 lat, czyli ponad 1/3 mojego życia. Kto by pomyślał, że coś tak trywialnego przetrwa tyle czasu.