Życie

Stało się to, czego spodziewałam się od paru tygodni – w poniedziałek zwolnili mnie z pracy. Z powodu moich leków, a raczej tego, co wywołują, kierownictwo nie mogło mi dać odpowiedniego stanowiska w sklepie. Wiedziałam, że będzie duży problem, nawet nie wymagałam, że znajdą mi coś odpowiedniego.

Przygotowywałam się na tę ewentualność, więc nie przeżyłam tego praktycznie wcale, a raczej zaczęłam wybiegać myślą do przodu, ku nowej pracy. Nie wiem jak szybko ją znajdę, ale wszystko przede mną.

Za to kolejna wizyta u dietetyczki była nieco zniechęcająca. Dzięki diecie tłuszcz spadł, oczywiście, ale niestety nadmiar wody wzrósł, co w ostatecznym rozrachunku nie zmieniło za mocno mojej wagi. Wychodzi na to, że drogi suplement, który kupiłam, nic nie daje i poważnie zastanawiam się, czy nie zrezygnować z wizyt i nie wypróbować czegoś tańszego z apteki. Bo jak na razie wydaje mi się, że cała ta sprawa z dietetyczką jest zupełnie niepotrzebna i jedynie uwiązująca do restrykcyjnego jedzenia bez żadnego sensu. Aż się odechciewa.

Co ja tu robię?

Nie mogę spać. Psychiatra zmniejszył mi dawkę leku i stałam się przez to nerwowa bez wyraźnego powodu. A zmniejszył dlatego, że rozregulowały mi się cykle miesiączkowe, tak że przez 3 miesiące nie miałam wcale okresu, po czym pojawiły się 2 względnie normalne, a ostatni mocno się spóźnił.

Ze szpitala już wyszłam, ale na własne żądanie. Czułam się tam inaczej niż poprzednio, może nie jakoś bardzo źle, ale nie mogłam, a właściwie nie potrafiłam zmusić się, żeby zintegrować się z tymi ludźmi. Byli jacyś tacy… niby także zaburzeni, jednak inaczej niż ja i nie czułam się taka jak oni, a bardziej inna niż w normalnym życiu. Poza tym, że tym razem na oddziale znajdowały się osoby z trudniejszymi problemami niż w 2009, a ze mną jest lepiej niż wtedy i przejmowała mnie myśl, co ja tam właściwie robię. Po prostu z wyjazdem tam popełniłam błąd.

Ale powrót do domu nie był radosny. Nie byłam w pracy ponad miesiąc, więc musiałam znowu stanąć na komisji lekarskiej. I po raz kolejny nie dostałam pozwolenia na pracę przy maszynach i na wysokości, co niestety wiąże się z ponownym odsunięciem mnie od pracy. Wprawdzie mój pracodawca złożył odwołanie do Gdańska, ale mam obawy, że nie pójdzie mi tak łatwo jak w grudniu i podtrzymają decyzję mojej miastowej lekarki – bo tym razem psychiatra sam potwierdził jej zdanie. Nie wytłumaczyłam: chodzi o moje leki. Ktoś stwierdził, że oba zaburzają funkcje motoryczne, a co za tym idzie nie mogę pracować przy krajalnicy ani wchodzić na stołek w pracy, bo, mimo że jestem już przyzwyczajona do leków i mam pewność, że nic bym sobie przez nie nie zrobiła, to lekarka medycyny pracy nie chce być odpowiedzialna za ewentualny wypadek. A w pracy wiadomo, też nie chcą mieć problemów. Dlatego mnie odsunęli.

Takie to jest wspaniałe: bez leków nie jestem w stanie normalnie pracować, a z lekami też. Naprawdę boję się, że będę musiała szukać innej pracy. A jacy koledzy mi się trafią? Kto wie, na to, że będą tak wyrozumiali jak większość moich obecnych koleżanek, jest mała szansa. Jeszcze lepsze: większa dawka leku na uspokojenie oznacza brak okresu, mniejsza praktycznie brak pozytywnych rezultatów przy utrzymaniu pozostałych skutków ubocznych. Mam podwyższoną prolaktynę. Przeszło pięciokrotnie.

Ale zmieniając temat. Koleżanka z pracy mówiła, żebym wyszła do ludzi, oddziczała trochę. No to zaprosiłam znajomą z jej rodziną na parapetówkę (raz na sto lat z kimś pogadam, no pięknie). Było miło, czułam się swobodnie i nawet z satysfakcją stwierdziłam, że nie myślałam o tym, żeby już sobie poszli. I taka mnie naszła refleksja – nie jestem już chyba nieśmiała. Mam pewne lęki, owszem, ale większość ludzi jakieś ma. Nie nieśmiałość mnie toczy, tylko ta głupia osobowość schizoidalna.

Na lekach czuję się płytka, bez refleksji. Ktoś przy mnie snuje jakieś głębokie filozoficzne, psychologiczne albo naukowe rozważania, a ja nic, nawet czuję, że to jest jakoś poza mną. Jestem płaska i ta płaskość mnie niepokoi.

A związek? Nie wiemy jak pogodzić pracę tu z pracą tam i umiejscowić wspólne mieszkanie, gdzie będzie najbardziej dogodnie (czyt. najbardziej opłacalne i zarazem najdalsze od psychotycznej przyszłej teściowej). Jak znam moje szczęście, to poczekam na rozwiązanie jeszcze parę lat.

P.S. W kwietniu mój blog skończył 10 lat, czyli ponad 1/3 mojego życia. Kto by pomyślał, że coś tak trywialnego przetrwa tyle czasu.

Aktualności

Psychiatra chce, żebym poszła do szpitala. Mi się to średnio podoba, bo będę się nudzić, ale skoro lekarz uważa, że powinnam, to lepiej się posłuchać. Będę musiała skołować sobie jakiś tablet z internetem, żeby nie stracić kontaktu z moim menem. I duuużo książek.

Raczej to będzie oddział nerwic i zaburzeń osobowości, tak jak poprzednio, więc żadnych strasznych rzeczy tam nie będzie. Inaczej bym się bała.

A jeszcze teraz sknociłam trochę, bo wygadałam się lekarce medycyny pracy, że biorę Rispolept, i zabroniła mi używać krajalnicy i pracować na wysokości. W pracy uznali, że przez to nie mogę wykonywać żadnych moich obowiązków (i mają rację, bo sama zastanawiałam się, co teraz mam właściwie robić), więc odsunęli mnie od pracy i napisali odwołania do Wojewódzkiego Ośrodka Medycyny Pracy. Jadę tam za parę dni i muszę postarać się, żeby mi te zakazy wykreślili. Powinno się udać.

Tylko że te 2 rzeczy naraz… To trochę za dużo jak na taki krótki czas. Myślę o tym, jak mam teraz iść do tego szpitala, żeby kierowniczka nie była zła, że mnie tak długo w pracy nie będzie. Jak tu zrobić, żeby był wilk syty i owca cała…