Co nowego? A nic, nic

Pisanie idzie mi opornie. Jak na tak długi czas, jak upłynął od momentu, kiedy zaczęłam, mam napisane jedynie trochę ponad 3 strony. Chwilami boję się, że nie podołam, że to dla mnie za trudne. Ale pewnie napiszecie mi, żebym się nie poddawała. Postaram się.

Nezu

Naszła mnie dzisiaj niesamowita wena. Bo pewnie nie wiecie, ale z myślą o napisaniu powieści chodzę już bez mała od 10-go roku życia, ale jako że wcześniej byłam po prostu dzieckiem, nie mogłam podołać czemuś takiemu, a potem nie wiedziałam jak zacząć. Teraz zaczęłam i poniżej prezentuję pierwszy, premierowy fragment mojej powieści…

Na początek muzyka, bo kojarzy mi się z nią i z latem:

Biec, byle się nie zatrzymywać, najszybciej jak się da. Nie zważać na ból, nie dać się powalić. Biec jak najdalej wzdłuż rzeki, przez otaczające pola i trawy (z góry widok na całą okolicę). Łapać oddech choćby nie wiem co. Biec mimo potu ściekającego na oczy, mimo coraz bardziej trzęsących się kończyn. Biec, by zapomnieć, by pamiętać – by dobiec do celu, którym jest nieznane.

 ***

Było to miejsce, o którym nie będzie za dużo w niniejszej opowieści, ale narrator krótko opisze je, gdyż ma spore znaczenie dla całej tej historii. Zwykła szara ulica z żywopłotem po jednej stronie i domkami po drugiej, dzień letni, słoneczny. Poboczem szła dziewczyna, wracająca z zakończenia roku szkolnego, ze świadectwem i czasopismem w ręku i wzrokiem wbitym w ziemię. Skręciła do domu – starego budynku, usilnie odnawianego przez jej rodziców, co widoczne jest szczególnie na zawalonym sprzętem budowlanym podwórku. Weszła do budynku, pokazała świadectwo mamie, po czym poszła do swojego pokoju i zagłębiła się w lekturę jej ulubionej gazety.

Nie poczytała długo, bowiem chwilę później przed nią pojawiła się kula jasnego światła. Dziewczyna odskoczyła jak poparzona, wielkimi oczami wpatrując się w to dziwne zjawisko. Światło stało tak spokojnie w powietrzu, jak gdyby uważnie się jej przyglądało. Po czym wybuchło.

Potem był ból, krzyk, oślepiająca biel, dzwonienie w uszach i jakieś naglące głosy, słyszane jakby z daleka, przez sen. I nagle wszystko ucichło. Zostało tylko ciche brzęczenie i jasność. Dziewczyna obudziła się.

Pierwszym, co ujrzała, był sufit, a źródłem brzęczenia okazała się jarzeniówka. Dziewczyna rozejrzała się. Wokół stała aparatura medyczna, stojak z kroplówką, stolik i dwa krzesła. Sama leżała na ascetycznym metalowym łóżku z materacem obszytym skórą, a kroplówka była podłączona do jej lewej ręki. Była w szpitalu.

Do pokoju weszła pielęgniarka.

– O, obudziłaś się. – powiedziała po angielsku – Coś cię boli? Usiądź. No już, siadamy. Zaraz zadzwonię po twoją mamę, na pewno chcesz się z nią zobaczyć – rzuciła na odchodne i wyszła.

Zdziwiona dziewczyna została sama. Pomacała się po czole. Miała na nim opatrunek. Zaczęła zastanawiać się, co takiego się stało, że aż wylądowała w szpitalu. Niewyraźnie pamiętała scenę z tym światłem i powoli uświadamiała sobie, że ta sytuacja miała z nim jakiś związek.

Po około pół godziny drzwi otworzyły się i do pokoju weszła jakaś kobieta.

– Dzień dobry, kochanie. Jak się czujesz? – zapytała także po angielsku.

– Dźń dbry – wydukała dziewczyna – dopsz.

– Moment, mówisz po polsku? – kobieta przysunęła jedno z krzeseł bliżej łóżka i usiadła na nim – O, mam ci tyle do powiedzenia! Napędziłaś nam strachu. Ledwo cię odzyskaliśmy, to zaraz mogliśmy cię stracić. Zniszczyłaś połowę laboratorium. Ale to nie szkodzi, nie przejmuj się. Dobrze, Nezu, powiedz: pamiętasz mnie?

Dziewczyna zrobiła wielkie oczy.

– Nie nazywam się Nezu. I nie pamiętam pani.

– Ech, to chyba wina tego wypadku. No nic. Naprawdę nazywasz się Nezu, adoptowałam cię, kiedy miałaś cztery latka. Niezwykłe było z ciebie dziecko – uśmiechnęła się kobieta. – Czemu jesteś taka przestraszona? Spokojnie, mała – poklepała dziewczynę po udzie. – Dobrze, musisz się przespać – spojrzała na zegarek – już prawie druga w nocy. Nakazałam szpitalowi zadzwonić do mnie, kiedy się obudzisz, ale nie przypuszczałam, że to będzie o takiej porze – zaśmiała się. Jutro przyjdę i opowiem ci więcej. Zresztą chyba pozwolą ci już wyjść, tak przypuszczam Dobranoc, słonko.

– Branoc – odpowiedziała dziewczyna o nowo nabytym imieniu Nezu. Kobieta zgasiła światło i wyszła, zostawiając ją ze swoimi myślami.

 ***

– Jesteś wybranką – opowiadała kobieta, kiedy razem wychodziły ze szpitalnych murów – jedną z niewielu obdarzonych ponadprzeciętnymi zdolnościami i ogromną siłą, które mierzymy już w momencie urodzenia, a służycie w obronie świata przed agresorami z kosmosu. Kiedy ty i twoje rodzeństwo byliście mali, Ziemię zaatakował potężny napastnik, nie będę wchodzić w szczegóły, ale obawialiśmy się, że coś wam się stanie (niech bronią nas dorośli wybrańcy), więc wykorzystaliśmy zdobycze ówczesnej nauki i wysłaliśmy was po innymi postaciami do równoległego wszechświata, czekając na stosowny czas, żebyście powrócili. Twoi przybrani bracia już tu są i czekają na ciebie – ponownie się uśmiechnęła.

Nezu słuchała tego wszystkiego w oszołomieniu. Nie bardzo chciało jej się w to wierzyć, w końcu wychowała się jako zwykła osoba w całkiem zwykłym świecie, zastanawiała się jak to możliwe, że los wepchnął ją nagle do czegoś takiego. Ale na odpowiedzi na to pytanie przyjdzie jeszcze czas.