Derma-

Dzisiaj opowiem o jednej rzeczy, którą udało mi się (prawie) z powodzeniem wyleczyć. Problem ten męczył mnie od kilkunastu lat, a droga do sukcesu trwała żmudne półtora roku ciężkiej walki. Chociaż nie mogę powiedzieć, że ta walka zakończyła wojnę, bo już widzę, że nadal mam powody do zachowania czujności.

Jako nastolatka, a później i jako dojrzała 20-parolatka miałam trądzik. Niby podobnie jak wiele ludzi w takim wieku, podobnie nawet jak moje rodzeństwo, ale innym to z czasem przechodzi, a mi za Chiny ludowe nie chciało. Nie miałam może silnie wysypanej skóry, bo niektórzy ludzie mówili, że prawie nic u mnie nie widać, ale sam fakt, że taki dziecinny problem został mi do dorosłości świadczył o tym, że będę się z tym męczyć, jeśli nie całe życie, to i tak dłużej niż inni.

Miałam w tym twarz, plecy, dekolt i ramiona, nie wspominając o innych częściach ciała, bo tam na szczęście nie było tak źle. Od krost miałam spokój może 2 dni w ciągu miesiąca, w zaskórnikach była cała w/w powierzchnia skóry, na policzkach miałam wręcz rozlegle plamy podskórne. Robiłam z tym, co tylko mogłam, używałam maseczek, coraz to droższych kosmetyków, witaminek, ziółek, byłam nawet na diecie, nic to nie dawało. Chodziłam do dermatologów i dostawałam maści, tabletki. Jedna lekarka wręcz naszprycowała mnie ciężkim antybiotykiem, po którym byłam chora, a brałam tylko jedną tabletkę na tydzień – bez skutku.

Można by powiedzieć, że to błahy problem, ale to nieprawda. Nie muszę chyba mówić, że czułam się z tym źle, gorsza od innych, obrzydliwa. Marzyłam o tym, żeby móc pokazać bez wstydu twarz i ramiona, ale było to dla mnie niemożliwe. Tym bardziej, że cierpię na dermatillomanię, muszę to w końcu napisać. Na natrętne rozdrapywanie zmian skórnych. Zaczęłam praktycznie od samego pojawienia się trądziku, a z biegiem lat się to tylko pogłębiało. Drapałam się każdego wieczora przed snem, a z czasem rano przed wyjściem z domu i kiedy tylko weszłam do łazienki. Po każdym takim „zabiegu” skóra piekła niemiłosiernie i byłam zła na siebie, ale nie mogłam tak po prostu przestać. Usilnie próbowałam sobie tym pomóc, a było przeciwnie – pogarszałam całą sprawę.

Ratunek przyszedł, kiedy poszłam do nowej lekarki. Na początku leczyła mnie łagodnie: maściami i żelami, potem lekkim antybiotykiem. Potem, kiedy nie było pożądanego efektu, stwierdziła, że mój trądzik, mimo że umiarkowany, jest oporny i trzeba na niego specjalnego środka. Izotretynoiny. Opowiedziała mi o tej substancji wszystko – czym jest, co robi, jakie daje skutki uboczne i ile osób dzięki niej wyleczyła. Dała mi też książeczkę, żebym dokładnie przeanalizowała ją w domu i podjęła decyzję – ryzykować czy nie. Wiedziałam, że to będzie wymagające, bo do tego leku trzeba dokupić masę specyfików osłonowych (zewnętrznych i wewnętrznych) i pilnować swojej morfologii (w skrajnych przypadkach można umrzeć), ale musiałam spróbować.

Przemęczyłam się, bo wyzwanie było naprawdę duże, ale w listopadzie oficjalnie zakończyłam leczenie. Moja skóra wreszcie jest czysta, chociaż dermatolog mówiła, że pojedyncze krosty będą pojawiać się mimo wszystko i przepisała antybiotyk w płynie. Planuję za parę miesięcy zacząć chodzić do kosmetyczki, jak już moja skóra nie będzie taka podrażniona, żeby pozbyć się tych ostatków, które się uchowały i przeciwdziałać ewentualnym nowym zmianom. Przez te półtora roku prawie się nie drapałam i z grubsza się od tego odzwyczaiłam, ale boję się, że znowu zacznę. Nie mogę powiedzieć, że nie mam już dermatillomanii, bo widzę, że to jest na całe życie jak uzależnienie. A leki od psychiatry ciągle wydają mi się na natręctwa nie pomagać…

Ale to i tak już jest coś.