Chuligaństwo marketowe

Kilka godzin zajęło mi ogarnięcie wszystkich nowych opcji na blogu, no, parę lat mnie tu nie było – ominęły mnie te całe zmiany, kiedy zachodziło, byłam mocno nie na bieżąco. Ale to już minęło, teraz w miarę wiem, o co tu biega. Wróciłam, więc mogę napisać o paru rzeczach, o których już dawno myślałam, ale jakoś nigdy nigdzie o nich nie pisałam.

Od  kiedy pracuję w markecie, zauważam pewną smutną tendencję jaką przejawia gro klientów. Nie wszyscy, oczywiście, muszę być sprawiedliwa, no ale niestety, to nie zmienia faktu, że problem istnieje i zapewne istnieć będzie choćby nie wiem co z tym robić.

Przyjęło się, że jak chuligaństwo, to tylko na przystankach autobusowych, na cmentarzach albo na murach miejskich jako graffiti. Winne są zawsze wyrostki czy inni dresiarze. Tymczasem ja chuligaństwem bym nazwała to, co klienci wyprawiają w sklepach samoobsługowych i marketach.

A czego są winni? Bezmyślności. Wezmą jakiś towar do koszyka, przejdą się kawałek, rozmyślą się i odłożą go w inne miejsce, bo za trudno się wrócić. Rozerwą opakowanie i zostawią. Zjedzą coś lub wypiją, a papierek/pudełko rzucą byle gdzie. Połamią towar przemysłowy, mniej lub bardziej przypadkowo. Nie mówiąc już o zwykłej kradzieży.

Różne rzeczy już widziałam: paczkę chipsów wziętą z jednej strony wyspy i przerzuconą na drugą do kartonu, z którego zabrano inną paczkę chipsów i przeniesiono na miejsce tamtej; nóżkę wieprzową zagrzebaną pod chrupkami; nadgryzioną bułkę wrzuconą byle gdzie; filety rybne położone na inny towar, kompletnie rozmrożone i śmierdzące (ten zapach utrzymał się w tamtym miejscu przez tydzień); kiełbasa luzowa zostawiona na słodyczach na kasie; zamrożona wołowina, która nie nadawała się już do niczego; tak samo zamrożony mus jabłkowy; opakowania Danonków z wyjętymi z nich zabawkami, podobno zwykle przez babcie w obecności ich wnucząt; nagminnie robiony bałagan w miejscach przeznaczonych na towar przeceniony; no i masa innych spontanicznych pomysłów, mniej lub bardziej genialnych niż wyżej wymienione.

Powiedziałby kto, firma ma to wpisane w koszty prowadzenia działalności. No fakt, w większości rozsądni szefowie machną na to ręką, ale… słyszał ktoś o tym, że zdarza się, że w niektórych marketach obwiniani są o to pracownicy i suszy im się głowy z tego powodu? Albo że towary mają te koszty wliczone w ceny?

Łatwo nie zastanowić się nad tym, jakie konsekwencje ma takie działanie. A, położę ten jogurt na półce z ketchupami, jakiś pracownik przyjdzie i to zabierze. Owszem, zabierze, następnego dnia. A zostawię tu tą czekoladę, przecież dalej jest na terenie marketu, ktoś ją weźmie i kupi. Nikt nie kupi, bo jej w tym miejscu nie szuka. A wcisnę pierniki za herbaty, bo wstydzę się pokazać, że rezygnuję. Okej, za miesiąc będą po terminie i ktoś zgłosi to do sanepidu. Położę ten brązowy ręcznik na miejsce tych białych ręczników. Spoko, ale te białe są w promocji i ktoś będzie chciał kupić brązowy w ich cenie, a za problemy obwini pracowników.

Ja rozumiem, może brakować czasu, sił albo możliwości. Ale pracownikom też tego brakuje. Żaden nie jest alfą i omegą, żeby wiedzieć, że jakiś klient położy coś w dane miejsce i trzeba tam iść to zabrać. Jak to jednak znajdzie, to niekoniecznie wie, gdzie to ma leżeć (dani pracownicy obsługują dany dział i nie znają szczegółowo całego sklepu), a nie ma czasu szukać, bo robota goni. Przydałoby się, żeby choć parę osób więcej zastanowiło się nad tym, co robi. Pracownicy nie są nastawieni na wciskanie ludziom nieświeżych i uszkodzonych towarów, bo nie obchodzi ich Wasze zdrowie czy budżet domowy. Oni tam tylko pracują i sprzedają to, co im powierzono odgórnie, i nie zawsze są w stanie wyłapać wyrób złej jakości, mimo że się starają. Nie ma po co robić im po złości, bo wiem, że dużo z powyższych zachowań jest zwyczajną złośliwością. Po co mieliby obciążać się winą za to, że ktoś się np. zatruł, więc po cóż robić im dodatkowo po górkę.

Wiem, że moje wypociny nie zrobią jakiegoś przełomu, bo przekonanych nie trzeba przekonywać, a upartych nie ma sensu, ale nawet mała zmiana to już coś. No i mogłam się wyładować przy okazji.

Do następnego.