O biciu dzieci

Dużo się mówi o tym, że nie należy bić dzieci, nawet dać pojedynczego klapsa, a takich, którzy stosują tę metodę wychowania, określa się jako bezmyślnych brutali pastwiących się nad biednymi maluchami. Często w tej sprawie zabierają głos ludzie, którzy dzieci nie mają albo wychowali jedną pociechę bądź małego potworka, który w mniej lub bardziej widoczny dla nich sposób pokazuje, jak pięknie go rodzice uczą życia w społeczeństwie.

Ja się trochę temu dziwię. Kiedy widzę artykuły czy wpisy na blogach na taki temat, mniej lub bardziej agresywne, zastanawiam się, czy ich autorzy uważają, że rodzic za wszelką cenę musi być idealny i nawet na moment nie stracić cierpliwości przez małego pełnego temperamentu człowieka. A jeżeli ją straci – to nie jest wart wychowywania własnego potomka. Czy to nie jest przesada?

Dzieci są różne. Moja dobra znajoma ma czwórkę pociech i opowiadała mi kiedyś, w jaki sposób karci swoje pociechy. Na najstarszą córkę wystarczyło jej spojrzeć znacząco i już wiedziała, że coś przeskrobała. Młodszej musiała powiedzieć parę słów. Pierwszy syn wymaga klepnięcia w pupę, bo na nic innego nie reaguje, a najmłodszy nic sobie z bicia nie robi. A powiem, że jej dzieci są tak grzeczne i radosne, że aż świecą przykładem wśród znajomych.

Są tacy, którzy do każdego sygnałów z mediów podchodzą bezmyślnie. Nie można bić – co za bzdury, dzieciak potrzebuje, żeby mu solidnie przylać, co by w dorosłości świat go nie zaskoczył. Albo inaczej – okej, ale jestem zbyt zajęty, żeby tłumaczyć córce/synowi na czym życie polega, więc niech lata samopas i uczy się czego popadnie od kogo popadnie. Gdzie tu rozsądek?

Powtórzę się: każde dziecko to inna para kaloszy. Dla jednego nawet jeden klaps będzie traumą, dla drugiego jedyną metodą na opamiętanie się. Zresztą nawet dorośli się pod tym względem od siebie różnią  - jedni wrażliwi, drudzy gruboskórni (chociaż obcych sobie ludzi raczej klepać po tyłkach nie będziemy). Nie jestem oczywiście za terroryzowaniem maluchów i całkowitą patologią, raczej za rozsądkiem i podejściem indywidualnym, by wychowywać małych ludzi najlepiej jak się potrafi.

Aktualności

Psychiatra chce, żebym poszła do szpitala. Mi się to średnio podoba, bo będę się nudzić, ale skoro lekarz uważa, że powinnam, to lepiej się posłuchać. Będę musiała skołować sobie jakiś tablet z internetem, żeby nie stracić kontaktu z moim menem. I duuużo książek.

Raczej to będzie oddział nerwic i zaburzeń osobowości, tak jak poprzednio, więc żadnych strasznych rzeczy tam nie będzie. Inaczej bym się bała.

A jeszcze teraz sknociłam trochę, bo wygadałam się lekarce medycyny pracy, że biorę Rispolept, i zabroniła mi używać krajalnicy i pracować na wysokości. W pracy uznali, że przez to nie mogę wykonywać żadnych moich obowiązków (i mają rację, bo sama zastanawiałam się, co teraz mam właściwie robić), więc odsunęli mnie od pracy i napisali odwołania do Wojewódzkiego Ośrodka Medycyny Pracy. Jadę tam za parę dni i muszę postarać się, żeby mi te zakazy wykreślili. Powinno się udać.

Tylko że te 2 rzeczy naraz… To trochę za dużo jak na taki krótki czas. Myślę o tym, jak mam teraz iść do tego szpitala, żeby kierowniczka nie była zła, że mnie tak długo w pracy nie będzie. Jak tu zrobić, żeby był wilk syty i owca cała…

Derma-

Dzisiaj opowiem o jednej rzeczy, którą udało mi się (prawie) z powodzeniem wyleczyć. Problem ten męczył mnie od kilkunastu lat, a droga do sukcesu trwała żmudne półtora roku ciężkiej walki. Chociaż nie mogę powiedzieć, że ta walka zakończyła wojnę, bo już widzę, że nadal mam powody do zachowania czujności.

Jako nastolatka, a później i jako dojrzała 20-parolatka miałam trądzik. Niby podobnie jak wiele ludzi w takim wieku, podobnie nawet jak moje rodzeństwo, ale innym to z czasem przechodzi, a mi za Chiny ludowe nie chciało. Nie miałam może silnie wysypanej skóry, bo niektórzy ludzie mówili, że prawie nic u mnie nie widać, ale sam fakt, że taki dziecinny problem został mi do dorosłości świadczył o tym, że będę się z tym męczyć, jeśli nie całe życie, to i tak dłużej niż inni.

Miałam w tym twarz, plecy, dekolt i ramiona, nie wspominając o innych częściach ciała, bo tam na szczęście nie było tak źle. Od krost miałam spokój może 2 dni w ciągu miesiąca, w zaskórnikach była cała w/w powierzchnia skóry, na policzkach miałam wręcz rozlegle plamy podskórne. Robiłam z tym, co tylko mogłam, używałam maseczek, coraz to droższych kosmetyków, witaminek, ziółek, byłam nawet na diecie, nic to nie dawało. Chodziłam do dermatologów i dostawałam maści, tabletki. Jedna lekarka wręcz naszprycowała mnie ciężkim antybiotykiem, po którym byłam chora, a brałam tylko jedną tabletkę na tydzień – bez skutku.

Można by powiedzieć, że to błahy problem, ale to nieprawda. Nie muszę chyba mówić, że czułam się z tym źle, gorsza od innych, obrzydliwa. Marzyłam o tym, żeby móc pokazać bez wstydu twarz i ramiona, ale było to dla mnie niemożliwe. Tym bardziej, że cierpię na dermatillomanię, muszę to w końcu napisać. Na natrętne rozdrapywanie zmian skórnych. Zaczęłam praktycznie od samego pojawienia się trądziku, a z biegiem lat się to tylko pogłębiało. Drapałam się każdego wieczora przed snem, a z czasem rano przed wyjściem z domu i kiedy tylko weszłam do łazienki. Po każdym takim „zabiegu” skóra piekła niemiłosiernie i byłam zła na siebie, ale nie mogłam tak po prostu przestać. Usilnie próbowałam sobie tym pomóc, a było przeciwnie – pogarszałam całą sprawę.

Ratunek przyszedł, kiedy poszłam do nowej lekarki. Na początku leczyła mnie łagodnie: maściami i żelami, potem lekkim antybiotykiem. Potem, kiedy nie było pożądanego efektu, stwierdziła, że mój trądzik, mimo że umiarkowany, jest oporny i trzeba na niego specjalnego środka. Izotretynoiny. Opowiedziała mi o tej substancji wszystko – czym jest, co robi, jakie daje skutki uboczne i ile osób dzięki niej wyleczyła. Dała mi też książeczkę, żebym dokładnie przeanalizowała ją w domu i podjęła decyzję – ryzykować czy nie. Wiedziałam, że to będzie wymagające, bo do tego leku trzeba dokupić masę specyfików osłonowych (zewnętrznych i wewnętrznych) i pilnować swojej morfologii (w skrajnych przypadkach można umrzeć), ale musiałam spróbować.

Przemęczyłam się, bo wyzwanie było naprawdę duże, ale w listopadzie oficjalnie zakończyłam leczenie. Moja skóra wreszcie jest czysta, chociaż dermatolog mówiła, że pojedyncze krosty będą pojawiać się mimo wszystko i przepisała antybiotyk w płynie. Planuję za parę miesięcy zacząć chodzić do kosmetyczki, jak już moja skóra nie będzie taka podrażniona, żeby pozbyć się tych ostatków, które się uchowały i przeciwdziałać ewentualnym nowym zmianom. Przez te półtora roku prawie się nie drapałam i z grubsza się od tego odzwyczaiłam, ale boję się, że znowu zacznę. Nie mogę powiedzieć, że nie mam już dermatillomanii, bo widzę, że to jest na całe życie jak uzależnienie. A leki od psychiatry ciągle wydają mi się na natręctwa nie pomagać…

Ale to i tak już jest coś.