Nie bij

Chyba codziennie teraz mam jakąś fazę. Chyba, bo czasami już nawet tego nie zauważam. Jest mi potwornie zimno, trzęsę się jak osika, mam ściśnięte gardło i serce, dziwne myśli, a na YT wyszukuję coraz to dziwniejszej muzyki, potrafiąc siedzieć i słuchać godzinami czegoś, co przynajmniej dla mnie jest psychodeliczne.* Codziennie coś mnie boli. Wygląda na to, że w młodym wieku jestem już jak stara babcia, ale to nie to. Od kiedy wiem, że mam konwersje, przyglądam się swojemu organizmowi, żeby wiedzieć, czy się czymś przesadnie stresuję (a może jestem chora?).
Śmiesznie, jak nastrój potrafi się zmienić w ciągu paru minut bez nagłego powodu. Zauważałam to u siebie wtedy, kiedy gdzieś przypadkowo w ciągu dnia zobaczyłam siebie w lustrze, a wieczorem mózg mi to wyrzucał z całą siłą. Parę dni temu miałam tak po wizycie u znajomej. Jej córka, młodsza ode mnie, ma dwójkę dzieci. Niby często mam z jakimiś do czynienia, ale zabolało.
Mnie to nie powinno dotyczyć. Pamiętam, jak na angielskim, bodajże w 3 technikum, mieliśmy opisać, co będziemy robić za 10 lat. Napisałam coś takiego, że będę pracować w biurze, będę sama i nie będę miała dzieci. Nauczycielka na to zdziwiona, dlaczego nie chcę ich mieć. Pierniczę, czy to z tych paru słów można było coś takiego wyczytać?
Nie odpowiedziałam jej nic, bo mnie zatkało. Ale gdybym potrafiła wtedy zdobyć się na choć jedno zdanie, to spytałabym, czy naprawdę, znając mój charakter, ją to dziwi… Nie jestem pesymistką, nie. Zdecydowanie w większości wykazuję debilny marzycielski optymizm z chwilami załamki i rzadkimi nutkami realizmu, kiedy już naprawdę muszę coś takiego napisać albo powiedzieć (zwykle pytający muszą zadowolić się pomrukiem).
Niedawno zaczęło mnie tak nosić. Instynkt macierzyński. Po co? Ani się do tego nie nadaję, ani nie mam warunków, jakichkolwiek. Zapewne nigdy mi się nie przyda, będzie tylko zmuszało mnie do wypłakiwania się po nocach tak, żeby nikt nie słyszał i nie robił za parę dni żartów z tego powodu. Ciekawe, co będzie za parę lat. Nawet teraz łapię się na tym, że jak leci w TV reklama, powiedzmy, Pampersów, to przestaję robić, to co robię, i patrzę jak urzeczona. A nigdy wcześniej tak nie robiłam…
Syndrom starej panny, tak? Mam dopiero 25 lat. Pierniczę.

P.S. Za dawnych czasów Onet tak nie szalał. Zdarzało się parę awarii, ale teraz są nagminne. Po każdej notce przez chyba pół godziny odświeżam bloga, żeby wiedzieć, że na pewno się opublikuje. I te napisy „blog o podanym adresie nie istnieje”. Tragedia. Za dużo użytkowników?

___
Ale może coś w tym jest, bo ponoć od czasów Beatlesów nawet najdelikatniejsze piosenki mocno zalatują psychodelą, ale ludzie się do tego przyzwyczaili i tego nie zauważają.

Granica

Śmieszne jest, że próbując uciec od siebie, co chwile potykam się o własne niechciane cechy. Może zabrzmię źle, ale zaczynając grę chciałam chociaż w jednym miejscu być taka, jak wszyscy inni i akuratnie do tego postrzegana i traktowana,* oderwać się od wizerunku zamkniętej w sobie i skłaniającej do pastwienia się nad nią osoby. Miałam taką cichą nadzieję, że sama w to uwierzę i w ten sposób może chociaż troszeczkę naprawdę zmienię się na lepsze.
Planowałam zacząć od małych kroczków. Pierwszy miał być nick. Dla mnie zawsze takie rzeczy miały znaczenie, więc nazwa postaci nie mogła wziąć się z powietrza jako zlepek tylko ładnie brzmiących liter, szukałam więc czegoś klimatycznego, a zarazem koniecznie będącego słowem mającym swój polski odpowiednik. Znalazłam „wiosnę”… ale tu się wtrącił brat. Powiedział, że to brzydko, a lepsza będzie „zima”. Broniłam się przed tym – niestety, przeforsował moje zdanie. Pozostało mi tylko w razie ewentualnych pytań pisać, że to ot tak, po prostu, nic o mnie nie mówi. Nie przyznawać się, że jestem zimna i niedostępna.
Drugi – o nim właściwie nie myślałam dopóki nie przyszło mi się z nim zmierzyć. Nazwa gildii. Nie podobała mi się tak samo jak nick, bo też idealnie do mnie pasowała. Zagubiona w chaosie. Ale że brat tam był, to mogłam tylko dołączyć do niego. Szczęściem wtedy nikt nie przykładał wagi do tego, jakie słowa nosi nad głową, tylko na jej renomę i klimat, tak że jakoś rozeszło mi się to po kościach.
Trzeci – bycie duszą towarzystwa… a przynajmniej nie chowanie się pod ścianą. To udało mi się połowicznie, bo radziłam sobie jakoś z rozmowami na czacie, a przynajmniej po tych paru miesiącach, kiedy wreszcie się oswoiłam i ludzie mnie poznali. Było dobrze, dopóki nie zaczęli namawiać mnie na pogadanie przez komunikator. Wtedy przypomniały mi się czasy szkolne: te moje uparte milczenie i słowa kolegów „nie znamy nawet twojego głosu”, które powtórzyli moi gildiowicze. Ironia losu. W końcu dałam się przebłagać, ale chyba nie zrobiłam furory elokwencją i słowotokiem. Co zrobić.
Widać to, co kiedyś Nałkowska kiedyś zawarła w swojej książce i co mamie powtarzałam co trochę, jest, niestety, bardziej prawdziwe niż mogło się wydawać. Nie da się ot tak zmienić. Przy takiej próbie może się okazać, że mimo wybrania innej ścieżki i tak trafiło się do punktu wyjścia. Dowodem na to jest zdanie jednego z ziomków: ‚jesteś zamknięta w sobie’. Ciekawe czego jeszcze się o mnie po cichu domyślają. Może już widzą wszystko…
___
* I nie mówię tu o wtopieniu się w tłum nerdów i tym podobnych typów. Znajomki z gry nie wydają mi się jakimiś dziwakami, a przynajmniej nie są bardziej specyficzni niż ludzie, którzy otaczają mnie w realu.