Proste

Parszywy humor. Jeśli znowu się zaczyna, to w tym roku wyjątkowo wcześnie. Będę musiała tym razem nie czaić się i iść po leki. I liczyć, że pomogą.
Obiecałam sobie, że nie napiszę do niego w takim stanie. Nie chcę go męczyć. Ale to oznacza, że jestem z tym całkiem sama i… chyba został mi tylko blog.
Czytałam w Focusie ten artykuł o kwietniu jako miesiącu samobójców, niszczycielskim przez pojawiające się wtedy przesilenie wiosenne itd. Ciekawe, bo dopiero od tego momentu wiem, co zawsze się ze mną działo i teraz muszę tym bardziej starać się z tym walczyć. To też obiecałam…

Ciężko teraz zacząć od nowa po tylu latach. Stary blog, wiele się tu działo, kiedy jeszcze na niego zaglądałam. Masa ludzi to czytała, posty uginały się od komentarzy, ale wszyscy zniknęli. Ale to nie szkodzi. Już mi nie zależy na tym uganianiu się za popularnością czy tam docenieniem. To blog, jasne, każdy może tu trafić, ale pamiętnika nigdy nie umiałam pisać, a że to mam pod ręką, to korzystam.
Długo nie miałam takiej potrzeby, co właściwie trochę do mnie niepodobne. Skończyły się dawne czasy, nie mam już weny do nowych postów co parę dni ani do wierszy pięknie kiczowatych. Wróciłam tu, bo jest pewna sprawa, z która nie mogę już wytrzymać sam na sam…
Zaczęło się niebanalnie, ale też nie oczekiwałam tego w ogóle. Jakoś późną wiosną 3 lata temu brat wciągnął mnie  do gry MMORPG. Spodobało mi się i, mimo że nigdy nie miałam do czynienia z takimi rzeczami (nawet w GTA sobie nie radziłam), szybko się zaaklimatyzowałam, a ludzie mnie wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu polubili. I tak wyszło, że brat stamtąd odszedł, a ja zostałam.
Ale jak to wygląda: w takie gry grają w zasadzie chłopaki, od gimnazjum, poprzez studia aż do młodych pracujących. Przez większość czasu byłam jedyną dziewczyną na całe ich stado, co dla mnie powinno stanowić nie lada wyzwanie, wiedząc, że nie gadałam nawet z kolegami w klasie. Tym bardziej, że dla moich nowych kolegów byłam, i jestem zresztą, ciekawostką („jak laska może w to grać?”). Podrywali i nadal podrywają, kto wie, czy serio robiąc sobie nadzieje na co nieco, czy po prostu z potrzeby poćwiczenia na kimś.
Wszystko jedno. W pewnym momencie trafił się taki jeden, który jako jeden z niewielu tego nie robił, a wręcz kategorycznie się przed tym bronił (z czystej przekory używałam na nim emotki „przytulania”, na co reagował złością). Ciekawiło mnie to, bo nie wiedziałam, że to możliwe, żeby ktoś zachowywał się w ten sposób. Bardzo przypominał tym mnie w realnym świecie… Ale jednocześnie co trochę coś do mnie pisał, o wszystkim i niczym, a ja już od początku nie miałam wobec niego jakichś oporów, jak zwykle kiedy poznaję ludzi i podchodzę do nich z dystansem, nieufnością. Potem pokłócił się z innymi i odszedł, długo, długo go nie było, potem znowu się pojawił i napisał akurat do mnie, a ja pomogłam mu wrócić i wspierałam go wśród niechętnych do niego gildiowiczów.
Do dzisiaj nie wiem, czemu tak było. Nie podrywał mnie ani ja jego, ani chwili nie myślałam o czymś takim. Traktował mnie jak człowieka, nie jak obiekt albo stworzenie z innej planety.
Później nastąpił ciężki okres w życiu gildii. Połowa najlepszych osób uciekła gdzie indziej, zostawiając nas w rozsypce. U mnie dodatkowo pojawiła się coroczna letnia depresja i popadłam w totalny marazm. Czułam się jakby wszyscy mnie zostawili na pastwę losu. Wtedy on był ze mną, tak bezinteresownie, po prostu był…
I to jest początek. W którymś momencie obydwoje poczuliśmy coś dziwnego. Nigdy nie byłam szczęśliwa, aż do tej chwili. Nie planowałam tego, nie liczyłam, że w jakiejś grze spotkam kogoś, kto stanie się dla mnie tak ważny i dający mi tyle, obracający całe moje myślenie o 180 stopni… I mimo że to było do mnie niepodobne, że się zakocham i będzie mi tak mocno zależało na spotkaniu…
Widzieliśmy się 2 razy. Nie wyszło. Nie wiem, dlaczego. Czy to nie on jest dla mnie, czy potrzebuję więcej czasu, żeby się przyzwyczaić. Jemu się udało, mi nie. Do dzisiaj nie wiem, co o tym myśleć i nie mogę sobie tego wybaczyć. I nie mogę zapomnieć. Jest jedyną osobą, z która sama chciałabym utrzymywać kontakt, pisać co trochę. Przywiązałam się do niego jak do rodziny. I mam paskudny dylemat. Serce mówi: idź do niego, walcz o miłość, a mózg przypomina: przecież to nie wyjdzie, znowu chcesz płakać?
Chciałabym, żeby tu przy mnie był, żebym mogła wydusić z siebie to wszystko, a on mnie przytulił, pomógł. A nie mogę tego od niego wymagać, bo to wszystko moja wina. W gildii wszyscy plotkują na nasz temat, myślą, że jesteśmy razem, a ja nie mogę nic na to odpowiedzieć, bo to aż wstyd się przyznać.
Jak to wygląda – jest i nie ma. Nie mogę przestać o nim myśleć, ale nadal jestem sama i nie chcę nikogo innego. To straszne piętno dla osoby takiej, jak ja. Nigdy nie chciałam z nikim dzielić życia, a kiedy nagle zaczęłam chcieć, okazało się, że to niemożliwe. Co zrobić?