Ot

Jest taka rzecz, pewnie trochę banalna, której ostatnio doświadczyłam, a z którą zdecydowałam się z Wami podzielić. Nawet nie wiecie, jak mocno można odczuć zmianę postrzegania tych samych miejsc na skutek zmiany sytuacji życiowej. Psycholog powie: oba wrażenia są prawdziwe, ale ja uważam, że jednak lepiej podejść do nich bardziej trzeźwo niż nasze strachliwe serce by wolało.
Nie przyznałam się do tego, ale w zeszłym roku byłam na konsultacji w szpitalu. Szczerze? Chciałam odrobiny dramatyzmu, wiecie, nagle powiadomić Was tuż przed hospitalizacją. Ale, jak by nie patrzeć, nic z tego nie wyszło. Brak możliwości – po prostu nie mogłam zostawić mamy samej w sklepie, żeby robiła za dziesięciu, bo wiadomo, jakie potrafią być pracownice.
Kocborowo. W mojej okolicy to słynny szpital. W Pomorskiem nie mawia się żartem: „Do psychiatryka z nim!”, ale: „Do Kocborowa!”. Mój brat nawet miał zwyczaj śmiać się z kuzynki, że w Kocborowie siedzi, bo mieszka w Starogardzie. Jaka to legenda dla dzieciaków. Praktycznie nic o tym szpitalu nie wiedziałam, ale byłam od zawsze ciekawa, jaki on właściwie jest, a od technikum wręcz zaczęłam o nim marzyć. Już wtedy kiełkowały we mnie takie dziwne, buntownicze myśli, chęć udowodnienia czegoś – a nawet wielu „czegosiów”…
Rok temu byłam w wielkim stresie, dlatego kiedy udało mi się po długiej wędrówce z dworca (trochę zabłądziłam) trafić pod gmach szpitala, tak mi się spodobał… Wydał mi się taki przytulny i sympatyczny. Przypominał trochę stary budynek mojego technikum i, jak to powiedzieć, emanował majestatycznym spokojem. Zaskoczyli mnie też później pacjenci, kiedy czekałam na konsultację. Byli uśmiechnięci, pozytywni, jakby nie mieli wcale powodu tam leżeć. Potwierdziło się moje przekonanie, że ludzie nie wiedzą nic o psychiatrykach, przekręcają tylko strzępy jakichś informacji. Jak moja mama – mówiła, że tam mi się pogorszy, że nie powinnam tam iść, tylko sama sobie jakoś poradzić. I zrobiła wszystko, żebym została w sklepie.
Teraz było trochę inaczej. Od lutego siedziałam w domu bez pracy, negatywnie nastawiona do wszystkiego. Po kwietniowej „akcji” znowu dostałam od psychiatry zalecenie, żeby pojechać na oddział VI.* Pojechałam tam po paru miesiącach, wiedząc, że w wakacje mnie nie przyjmą… Patrząc na budynek, nie postrzegałam go już tak pozytywnie, jak za pierwszym razem, później stwierdziłam, że mam wielkie opory przed wejściem na oddział. A jak widziałam tych ludzi…
Ale musiałam się odważyć. Dla zdrowia – wiecie, jeśli będę wiedziała, że pokonałam ten strach, to będzie mi później łatwiej walczyć z innymi. Nie patrzyłam na to, co mówi mama ani na jej zmartwione miny, ale na moje potrzeby. Nie było łatwo, fakt. Sam dojazd był jednym wielkim telepaniem serca i trzęsiawką. Potem bałam się wyjść z sali. Uderzało mnie, że ludzie są tacy sami, jak wszędzie, rozgadani itd. Nie wiem teraz, czego wtedy oczekiwałam, al pierwszy tydzień upłynął mi na ukrywaniu wściekłości na innych. Męczyły mnie ich banalne słowa i popisywanie się tych najmłodszych. Na moje szczęście udało mi się dotrzeć do ordynatora, który pozwolił mi iść na tydzień do domu. W planach miałam tydzień poleżeć dla „sprawdzenia”, a potem trafić do grupy zamkniętej.
Tak, jak mówili doświadczeni pacjenci, później przywykłam do tego miejsca. Trochę to śmieszne, ale po moim powrocie na oddział siedziałam ciągle na mojej starej sali, a w nowej tylko spałam. Zakolegowałam się z babkami starszymi ode mnie i miło mi było nawet posiedzieć i posłuchać ich rozmów i żartów. Chodziłam z nimi na spacery, do sklepu, konsultowałam ważniejsze sprawy, pomagałam im pisać dziennik oddziału, kiedy któraś z nich została Starościną. Tak mi się wydaje, że w takim miejscu nikogo nie odstrasza ani nie gniewa moja nieśmiałość. Nagle poczułam się z kimś zintegrowana. Jak nigdy w życiu…

***

Oddział Nerwicowy (bo właśnie w nim byłam) jest bardzo specyficznym oddziałem. Nie chodzi się po nim w piżamce i nie leży smętnie całymi dniami. Pracownicy mówią, że tutaj mają większy luz z pacjentami. Na tablicy wisi spis zajęć, dyżury w stołówce, na drzwiach od łazienki godziny kąpieli kobiet i mężczyzn, na salach kolejno się zamiata i myje podłogi. I podział na grupy: otwartą, w której pacjenci w każdym tygodniu przychodzili i odchodzili, i 7-tygodniową zamkniętą. Ta jest silnym doświadczeniem. Każde zajęcia z nią musiałam odespać. Mówiono nam, że skoro je przeżywamy, to znaczy, że terapia działa, mimo że z boku może to wyglądać na chorą terapię. Mieliśmy okazję przekonać się o tym w weekendy w domach. Moja rodzina oczekiwała po mnie radykalnej zmiany na lepsze, wydaje mi się, że specjalnie prowokowała mnie do kłótni. Ale oni nie wiedzieli, co właśnie przechodzę. To jest trudne do opisania. Gdybym napisała, że na terapii „rozmawiamy o swoich problemach”, to byłby pusty frazes. Ale tak było. Po raz pierwszy konfrontowaliśmy swoje wnętrza z innymi ludźmi. Rozmawiacie z rodziną na poważne tematy? My rozmawialiśmy z obcymi – tym bardziej szczerze. I tym bardziej na nas to wpływało. Pogorszyły mi się objawy nerwicowe. W nocy nie mogłam spać, bo rzucało mi nogami, tak że rano wstawałam i musiałam podnosić z podłogi ręcznik zawieszony wieczorem na oparciu łóżka. Wyglądało też na to, że i pewne moje dziwactwa są już silne jak natręctwa.
Jednak na oddziale było mi dobrze. Nie było nadmiernego stresu i zbyt wysokich wymagań, wszyscy byli radośni. Niektórzy dlatego nie chcieli, żeby ich wypisano, bali się powrotu do normalnego życia. Nie wiem, czy ja też bym tak miała. W grupie okazało się, że dwie osoby bardzo się nie lubią i w pewnym momencie zaczęły się zwalczać. Jeden pacjent odpadł, reszta skupiła się na sporze tych dwojga, „problemy” zeszły na dalszy plan. Potem pojechałam na wesele kuzyna. Z wielkimi nadziejami, że trochę się tam ośmielę, pobawię, zintegruję. Grupa życzyła mi powodzenia, wierzyła we mnie – wszyscy się zawiedli. Głupio wyszło, lęk mnie sparaliżował. Nie chciałam już wracać na oddział, bo nie widziałam już sensu. Wróciłam – do wielkiej afery. Jeden ze skłóconych odszedł z grupy, druga wypisała się dzień po moim powrocie. Atmosfera dobiła wszystkich. Jedno tylko mnie trzymało: wytrzymać do końca, może to mnie wzmocni. Odchodziłam stamtąd z ulgą, chociaż nie powinno tak być. Nawet psychologowie nie spodziewali się, że tak będzie na grupie.
Ale, wiecie, i tak miło wspominam oddział. Czwartkowe imprezy były spoko, były pacjent przychodził grać na gitarze, śpiewaliśmy piosenkę oddziałową, którą napisał inny. Fajnie było na dyżurach w kuchni, zamiataniu liści wokół budynku, urządzanie odchodzącym zielonej nocy. Podobno było jak na obozie, nie wiem, bo nigdy na obozie nie byłam. To właściwie pierwsze moje tak pozytywne wspomnienia.
Czy jakoś mnie to zmieniło? Nie wiem, nie da się tak po prostu na to odpowiedzieć. Może zaufałam bardziej ludziom, może podchodzę do wszystkiego z większym dystansem, może jest we mnie więcej radości. To nie jest nagła przemiana ze znerwicowanej szarej myszki w duszę towarzystwa, nie na tym to ma polegać. Na to trzeba czasu, kto wie, może jeszcze kilkakrotnych pobytów tam. Do psychiatryka, niestety, się wraca…

P.S. Znowu piszę notkę po wielkiej przerwie. Chciałabym, żeby to był mój powrót, ale nie – jakoś nie idzie mi przysiadanie do bloga i pisanie. Coś się we mnie skończyło. Nie spodziewajcie się nowych postów. Może kiedyś jeszcze tu zajrzę i zostanę na dłużej, ale to mało prawdopodobne. Pozdrawiam Was, trzymajcie się wszyscy. Notka powędruje na niesmialosc.net, już dawno była zamówiona. Na naukę na ludzi.