Dorosłaś

Mama chciała tak, ja myślałam, żeby zrobić inaczej, wyszło tak, jak tylko w moim życiu wyjść mogło.
Znajomi powiedzieliby, że zaczęło się niewinnie. Mama robi się coraz starsza, coraz słabsza i sił już jej zbrakło na dalszą pracę. Zrezygnowała z niej, postanowiła wziąć się za swoje zdrowie. Ja, jako że skończyłam w tym roku szkołę, mogłam zająć się utrzymywaniem rodziny, młodszych sióstr, chociaż marzyłam o tym, żeby pójść na studia plastyczne, a w wolnych chwilach rzeźbić, startować w konkursach, może kiedyś wystawiać swoje prace publicznie. Mama mówiła, że to nieżyciowe i nic mi z tego nie wyjdzie, że sztuka nas nie wykarmi; zdecydowała się wysłać mnie do Gdańska do pracy. Tam ponoć płacą więcej, starczyć miało akurat na rachunki i na jedzenie, książki. Mi to nie pasowało, wyjazd, stanie przy taśmie cały dzień, zero czasu dla siebie. Ale nie było wyjścia. Mogłam tylko przyrzec sobie po cichu, że będę odkładać na szkołę i kupować glinę, jak tylko trochę dłużej popracuję. Jakoś to będzie.
Ledwie zdążyłam do pociągu i, zasapana i roztrzęsiona, postawiłam torby na korytarzu, ruszył, chwilę później zaczęło padać. Wyglądałam przez szybę w drzwiach, jak przesuwało się miasto, w którym się urodziłam, w którym mogłam być dzieckiem, a potem oddalało się coraz bardziej, ustępując miejsca zarośniętym polom, laskom, starym rozwalonym domostwom, które wśród wzmagającego się deszczu wydawały się ponure i nieprzyjazne. Pomyślałam sobie wtedy, że jestem od teraz zdana tylko na to, co wyniosłam z domu, czego się nauczyłam. że muszę sobie radzić sama. I że, jak zawsze, zapomniałam parasolki. Na zewnątrz było naprawdę ciemno, jeno w oddali chmury otwierały słońcu drogę do ziemi i tam prześwitywały jasne smugi światła, tak zachwycające, że serce bolało, że nie sposób się do nich dostać. Reszta krajobrazu odbierała całkowicie siły, aż łzy napływały mi do oczu.
Oto jechałam pierwszy raz do zupełnie obcego miasta, znanego jedynie z opowieści mamy, znajomych. Nie wiedziałam, co tam zastanę, jak tam przeżyję, sama jedna. W pewnym momencie chciałam wysiąść z pociągu, nie dojechać tam, ale nie mogłam, było już za późno.
Na stacji wytaszczyłam jakoś tobołki, poszłam za innymi, myśląc, jak to zrobić, żeby dojść do wskazanego miejsca i za mocno nie zmoknąć w ulewie. Szczęściem chora noga nie dokuczała mi chwilowo tak bardzo, jakoś szłam.
Pytałam ludzi o drogę, niektórzy wiedzieli, jak dojść, tłumaczyli, że to niedaleko. Szłam, omijając ogromne kałuże, ręce mi cierpły niemiłosiernie. Szłam już z pół godziny i w końcu zorientowałam się, że, jak zwykle, skręciłam nie w tą uliczkę. Robiło się coraz ciemniej, spieszyłam się, miałam już dość dźwigania, więc poszłam na skróty przez parking między blokami. To był błąd.
Stali tam pod daszkiem,  w grupie, wielcy, z piwem w rękach, rechotem na ustach. Zawróciłam, poszli za mną, pobiegłam, dogonili mnie. Złapali, wpakowali do samochodu, wywieźli gdzieś, dotkliwie pobili, pozbawili godności, okradli, zostawili.
Leżę na przemoczonej ziemi, zapłakana z rozpaczy. Ubrania są w strzępach, jestem cała posiniaczona, pokrwawiona, wszystko mnie boli. Jedna noga, ta zdrowa, jest skręcona, boję się nią ruszyć. Zabrali mi komórkę, portfel z ostatnimi groszami z domu i z dokumentami, okulary zdeptali, rozbili. Robi się coraz ciemniej. Zostałam sama w lesie, nie wiadomo gdzie, nie wiadomo jak daleko od jakichkolwiek domów, od jakiejkolwiek drogi, od jakiegokolwiek światła z lampy czy reflektora, tak strasznie daleko do rodzinnego miasta, od mamy, od sióstr. Gdzieś blisko wilki odzywają się przerażającym wyciem, serce wali jak oszalałe, a gardło jest do bólu ściśnięte ze strachu i niemocy.
Jestem zgubiona. 

31.07.2009 r.
P.S. Oj, chyba trochę przesadziłam. To, wbrew Waszym obawom, na szczęście tylko przenośnia, opowieść symboliczna, z wymyśloną bohaterką, wymyślonym, choć nie całkiem wziętym z powietrza, motywem i całkiem wybujałym zakończeniem. A myślą przewodnią opowieści – moje lęki. Szeroko pojęte, mocno rozbudowane, acz silnie skondensowane i sprowadzone do jednego, opisanego powyżej. I najmniej dla mnie ważnego, tak myślę.

„Now we’ll never know”

Szukałam dziś po stronach jakichś wzmianek o przemocy szkolnej. Dawno tego nie robiłam, jakoś tak inne sprawy powyższą przyćmiły, teraz jednak chciałam znaleźć jakiś konkretny opis skutków przemocy. Znalazłam tego trochę, ale niezbyt mi się to spodobało. Jedno, że to było takie jakieś zbyt ogólnikowe, dwa, że wyglądało jak pisane z boku, bez wnikania, a przez to w ogóle nie wiarygodne, takie, że nikt nie poczuwa się do tego, żeby brać to serio. Nie wiem, czy gdziekolwiek coś dobrego na ten temat się ukrywa, kogo to obchodzi właściwie, żeby dokładnością podziałać ludziom na wyobraźnię. Przecież to nie jest ważne.
Ja chciałabym się jednak wyłamać. Fakt, nie jestem mądrą panią psycholog albo doświadczoną mamą czy nauczycielką, a osobą, która naprawdę bycie ofiarą szkolną ma za sobą i chyba tylko ja i podobni mamy rzeczywiste prawo coś o tym powiedzieć. Myślę nad tą notką od czasów afery z Anią z Gdańska, ale powiem Wam, że jakoś ciężko to do kupy pozbierać. Jedno, co potrafię na tą chwilę napisać, to to, że przemoc szkolna moim zdaniem jest równie szkodliwa jak patologiczni rodzice, mąż damski bokser, wykorzystywanie seksualne. Kto się nie zgadza?
Prosto jest powiedzieć: to nie jest to samo. To tylko szkoła, dzieciaki się tylko wygłupiają, w podstawówce czy gimnazjum każdy taki jest. Nie. Nie każdy. Są inni. Niegroźni, bo nie nauczeni wyładowywania agresji, nienauczeni tym samym umiejętności obrony, biorący wszystko mocno do siebie, odrzuceni, pozostawieni bez niczego i bez jakiejkolwiek deski ratunku. Siedzą cicho, nie skarżą się, więc nikt nie widzi problemu – bo gdyby cierpieli, to skarżenie się samo przez się by z nich wychodziło. I widać by było ich problem z daleka. A tak – nie upominają się o pomoc, pomocy nie potrzebują. Pewnie nawet agresja rówieśników nie robi na nich wrażenia. No, skoro mają takie obojętne miny…
Powiem Wam, nieprawdą jest, że dzieciaki z patologicznych rodzin są agresorami. Ja jestem z patologicznej rodziny, muszę to w końcu napisać. Alkoholu w niej nie było, ale było co innego. Dużo tego i to nie miejsce, żeby o tym pisać, ale wiele złego z domu wyniosłam. Bardzo wiele. Dopiero teraz poznaję, jak mocno mnie to skrzywdziło. Mama, sama będąca DDD (nie wie o tym, oczywiście), zawsze nam mówiła, żeby nie być agresywnym dla innych, bo inni też mają uczucia itd. Guzik. Tylko my na to patrzyliśmy, nikt więcej. Nikogo nie obchodzi, co czują słabsi, ani rówieśników, ani nauczycieli, nawet nie trzeba patologii, żeby rodzice nauczyli swoje pociechy iść do celu po trupach, wystarczy parę słów powtarzanych raz po raz i już będą efekty. Tego się nie zauważa, ale wszystko ma swoje konsekwencje, nawet najmniejsza głupota, a ludzie to są straszni ignoranci, jeno zdziwieni, że „jak to?”…*
Spojrzałam na siebie niedawno. Kim jestem? Niepewną siebie, nieśmiałą, cichutką i zupełnie nieszkodliwą dziewczyneczką? To banał, płytkie odbieranie tak dobrze widocznych faktów. Nie radzę sobie z niczym, począwszy od rozumienia prostych poleceń, po jakiekolwiek zadania społeczne, które dla większości są niczym. Wiem, szukanie pracy, rozmowy kwalifikacyjne, pierwsze dni w nowym miejscu wszystkich stresują, ale wszyscy otwarcie mówią o swoich obawach, takich normalnych i zawsze mogą liczyć, że inni ich zrozumieją. A potem przyzwyczajają się, wdrażają i jest dobrze. Ja tak nie potrafię. Strach nie obezwładniał mnie w takich momentach od razu, dopiero po jakimś czasie. Pojawiały się wspomnienia z dzieciństwa, jakie to ja miałam interakcje z kolegami i koleżankami z klasy. Jakieś tam zachowania współpracowników skojarzyły mi się z tymi, którymi obdarzano mnie w szkole, już miałam wrażenie, że czeka mnie powtórka z rozrywki. I nie wiem, wyimaginowałam ją sobie czy nie. Odsuwałam się w cień, szukałam bezpiecznej kryjówki, zachowania, który zawsze miał mnie chronić przed napaściami, a nigdy nie chronił, ale innego nie miałam okazji poznać. Reakcje postronnych? Oburzenie, nawet nie wiem, dlaczego. Wzięli mnie za głupią i leniwą, do tego chamską. I to jak zawsze była moja wina, bo to ja jestem nienormalna, nie oni.
Czego się nauczyłam? Że w trudnych sytuacjach nie mogę liczyć na niczyje wsparcie. Są ludzie, którzy z tego powodu są niezależni, ja nie. Mówi mi się, że mi pomogą, a jak przychodzi co do czego, to bagatelizują to, co do nich mówię. Zawsze tak było. Mama mówiła: postaw się, powiedz „spadaj”, śmiej się razem z nimi, otrzaskaj się, od ciebie wszystko zależy. Ale nie wysłuchała mnie nigdy do końca, od razu przerywała, dając do zrozumienia: nie mów o tym więcej, nie chcę tego słyszeć. Nie mam pojęcia, dlaczego teraz od innych doświadczam tego samego. Chcę się czasem tylko wyżalić, odpowiadają mi, że nie powinnam rozpamiętywać, że wymyślam. Stąd wiem, że nikt nie bierze skutków przemocy szkolnej serio. Jestem sama, zupełnie. Pozbawiona rady stworzonej na podstawie całej mojej relacji, robię tylko to, co robiłam od dzieciństwa. Stoję pasywnie wobec tego, co się wokół mnie dzieje.
Powtórzę, co pisałam w poprzednich notkach: nie mam pracy i boję się jej szukać. Nie chcę powtórki z rozrywki, tym bardziej, że jestem dorosła i automatycznie powinnam wymagać od siebie, że będę umiała żyć inaczej. Nie chcę skazywać innych na oglądanie upadku kaleki. Ludziom nie ufam, wiem, że mój problem jest trudniejszy niż im się wydaje, bardziej złożony, nikt mi nie pomoże, nie poprowadzi za rączkę. Nikt nie powinien. A ja bez tego przepadnę. Jestem do niczego.
A facetom nie ufam. Nie spodziewam się po nich szczerości, tylko tego, że mnie wykorzystają. Żeby się pośmiać ze mnie z kolegami. Nigdy nie dam się przekonać, że któryś zechce mnie podrywać z innych powodów. Jestem zbyt nieciekawa, jak ta Brzydula. Mogę być tylko obiektem zakładów o 5 złotych. Powiem Wam, to się nie zmieni. Tak łatwiej mi żyć. Nie chcę ryzykować, sprawdzać, czy moje wrażenie jest fałszywe i czy ktoś się nie zrazi, kiedy mnie bliżej pozna. Nie chcę się wstydzić za swoją naiwność.
Czuję się, jakbym czegoś siłą została pozbawiona, jakby coś ważnego mi skradziono.** Kto wie, jaka bym była, gdybym nie przeżyła tego, co przeżyłam. Ktoś kiedyś się nad tym nie zastanowił, bo nie uznał sprawy za wartą uwagi. Powinnam była sobie poradzić, wybronić się. To tylko moja wina, że tak się wszystko potoczyło.
Ja o tym pisałam wiele razy, dawno, kiedy jeszcze żyłam tą aferą z Anią. Byłam wtedy tak zbulwersowana, że tak się o tym trąbi, ale nikt nie pomyślał, żeby dać raczej głos pokrzywdzonym, a nie mądrym ludziom. Jakby nasze zdanie nie było ważne, jakbyśmy mieli przypadkiem powymyślać jakieś głupoty, powyolbrzymiać.
Może uznacie to, co napisałam, za dziwactwo, coś wziętego z powietrza, gadanie paranoiczki. Taka właśnie jestem, tego się nauczyłam. W tym wyrosłam. I w tym umrę. Nie tak szybko, jak Ania, bo ten wiek mi minął. Może mogłam wtedy coś takiego odwalić, żeby wzięto mnie serio… Wsio ryba. I tak są małe szanse, że to się dobrze skończy. Ja w nic nie wierzę, nic już nie oczekuję. Nie poprawi się, bo sił nie mam na to, a nikt inny nie czuje powinności podać mi ręki. Jak zawsze ja za wszystko odpowiem…

P.S. Sorry, że taka długa ta notka. Same tak jakoś ostatnio wychodzą.

____
* Do stwierdzenia z początku akapitu: pamiętacie klip do piosenki „Stole” Kelly Rowland? Tego chłopaka, który się zastrzelił?

Dołożyć ciężaru i patrzeć

Od zeszłego miesiąca poznaje życie walczącego elfa. Z gracją to robi, piękne ciosy, uniki wychodzą mu (a właściwie jej) lepiej niźli mi siedzenie na krześle. Coraz rzadziej już myślę o tym, żeby wrócić na Hordę, choć nadal chętnie skorzystałabym na ten cel z jakiejś okazji, np. z dorwania „… Litch Kinga”, jako że na Aliantach same noobki* siedzą.
Tym sposobem dowiedzieliście się, w co teraz gram i w co zresztą gra całe moje rodzeństwo. Niezły no life się ze mnie robi, ale co tam. Powiem Wam po znajomości, że nawet tak niewielkie kontakty z ludźmi, jakie mają miejsce w tym MMO RPGu, sprawiają mi sporą trudność. Ciężko jest mi nauczyć się choćby „growych” odpowiedzi na podziękowania itp., które inne nie byłyby stosowne. No, ale nieważne, skoro już wiecie, mogę spokojnie przejść do meritum. Temat wybrałam sobie ciężki do opisania i do tego nie mam pojęcia, jakich mogę spodziewać się reakcji na to, co tu nakreślę. Czy będzie zgoda, czy też nie – notka okaże się kontrowersyjna, a nawet ktoś się na mnie zacznie boczyć, bo nie zrozumie albo, nie wiem, uzna za kogoś, kto chce właśnie skrzywić nasze i tak dość już pokręcone społeczeństwo.
Chciałam to napisać dawno, oj, ten czas trzeba liczyć już w latach. Znalazłam bloga jakiejś dziewczyny, z notką, od której zagotowała mi się krew i do dzisiaj ją sobie zapamiętałam, chć bloga nigdy więcej nie odwiedziłam, a bo zdenerwowało mnie to niepomiernie. Pisała mianowicie o samobójcach. I o tym… jacy to z nich są straszliwi tchórze. Mocno się na ten temat rozpisywała i najmocniej jak potrafiła dawała do zrozumienia, że wie o nich wszystko, tak pewna siebie, jak gdyby była jakąś wyrocznią. Zrozumiałam wtedy, jakie ludzie zdanie mają o takich osobach – fakt, jedna ona z tym nie jest, a jeszcze przekonuje do swojego myślenia następnych, kontynuatorów swojej „idei”. I tak postanowiłam, że trzeba to koniecznie sprostować, bo, jak już zapewne zauważyliście, uważam to nie tylko za nieprawdę, ale za potwarz, niszczycielską siłę mającą wręcz.
Rozumiem, że jeśli dowiedzieć się, że jakiś jego znajomy, bliski, dobrze znany albo ktoś obcy, o którym usłyszy się w telewizji, popełni ten czyn, to można poczuć się jak po niezłym uderzeniu w plecy i, nie znając powodów tego kogoś, z jakich to zrobił, całkiem skołowacieć. W takich momentach mogą pojawić się takie myśli. „Jaki tchórz” – najprędzej zdarza się w przypadku ważnych dla nas osób. Wiadomo, bliski był, a tu takie zaskoczenie, a określenie „tchórz” jakoś tak dziwnie pierwsze się nasuwa. Ale dlaczego uważać, że to dobre słowo? I dlaczego ta dziewczyna uznała, że trzeba je powiedzieć głośno? Jaki to ma sens, jak może zmienić sytuację mających myśli samobójcze na lepsze?
Co ona mogła wiedzieć o tym, jak samobójca rozumuje? „Tchórz” to grube słowo. I wcale tu nie pasuje. Powiedzmy, nie obchodzą mnie teraz jacyś tam szefowie wielkich firm, które bankrutują, a oni skaczą z wieżowców itd. Są ludzie od lat osamotnieni, od lat przechodzący przez kolejne dołki, depresje, nerwice, ciężkie choroby, niemający nigdy pieniędzy na potrzebne rzeczy, pozbawieni zdrowego dzieciństwa i zdolnych do słuchania rodziców, w końcu też nie mający przyjaciół, którzy będą chcieli w tym ich rodziców zastąpić. Możecie nie wierzyć, ja nie wierzę w to, że inni ludzie potrafią słuchać i być wsparciem, tak że jestem pewna, że osoby pozostawione same sobie istnieją i jeszcze w razie czego nikomu nie przejdzie przez myśl zrozumieć, w jakiej są sytuacji, a wręcz rzucą się na nie jak wygłodniałe wilki i do cna stłamszą w nich jakąkolwiek chęć do życia.

***

Tak to bywa, że ci zdołowani często gęsto zamykają się w swoim świecie, w książkach, grach, używkach, żeby rzadziej słyszeć pretensje. Efekt jest odwrotny, bo pretensji jest jeszcze więcej, jednak te kilka chwil spokoju dla obolałej głowy niezmiennie wydaje się atrakcyjny.

***

Samobójcom całkowicie zmienia się myślenie, czy też cały czas było inne. W to też możecie nie wierzyć. Wiem, że depresja to jednak rzadka rzecz i nadal w pełni przez postronnych nieuznana za coś poważnego. Samobójca nie chce odejść z tego świata, bo się boi, nie wiem, o co zarzucającym chodzi, jakichś konsekwencji? Nawet ci, którzy umieją stworzyć doskonałe pozory, że są niepodważalnie szczęśliwi, myślą w inny sposób niż „zwykli śmiertelnicy” (tak, to dobra nazwa). Słowo „tchórzostwo” nawet im się nie nawinie, chyba że ktoś ich już tak nazwie. Myślą, że po co mają żyć, skoro nic więcej nie mogą poradzić na jakieś piętrzące się problemy, kiedy nikt nie chce ich w tym w nich wesprzeć, a wręcz rzuca kłody (może tak być naprawdę, mogą też to sobie ubzdurać), że po co im dalsza egzystencja, takie przejście ślizgiem przez następne lata, bo nie przyjdzie im zapewne wpaść pod samochód, a życie ma to do tego, że się tak ot nie kończy. Myślą: są za słabi, żeby żyć, więc na to błogosławieństwo nie zasługują. Myślą (to ważne): po co mają marnować przestrzeń, środki życiowe, powietrze, dobry etat, skoro mogą zostawić się innym, tym, którzy na to zasłużyli. I tu przychodzi refleksja: jak odważnym trzeba być, żeby poświęcić się dla ludzkości i żeby ta ludzkość mogła nie patrzeć więcej na ich kolejne porażki.
Zastanawiał się ktoś, co by było, gdyby niedoszły samobójca dowiedział się od kogoś, że jest strasznym tchórzem? I to jeszcze od przyjaciela, rodzica, osoby, która jest jego autorytetem i której trzeba wierzyć w każde słowo. To nie sprawi, że przestanie myśleć o uśmierceniu siebie, a będzie tak, że jeszcze podejmie jeszcze mocniejsze postanowienie zgładzenia tchórza, tym bardziej że szanowany człowiek uznał to za ważne, że aż o tym powiedział. Nazwanie „tchórzem” bardzo boli, nawet nie wiecie, jak bardzo.
Jeszcze jedno. Jak odważnym trzeba być, żeby przyjąć myśl, że jeśli się nie uda, jeśli się przeżyje, może po raz kolejny, to że trzeba będzie odpowiadać na pytania rodziny, spojrzeć jej w oczy, tak się wstydzić, że chciało się ją skrzywdzić. Trzeba wytrzymać wzrok pielęgniarek, pacjentów z łóżek obok, pytania lekarzy, potem psychiatry, być może psychologa, znajomych, policji. Wiecie, ja byłam zła, że nikt mi nie powiedział, że będę musiała iść na komendę złożyć zeznania, prostować itd., żeby przypadkiem rodzicom się nie oberwało. Jedno mam szczęście, że nikt oprócz tych koniecznych ludzi o niczym nie wie, bo pewnikiem bym nie wytrzymała.
Nazywanie „tchórzem” to jak mówienie, czemu ci się nie udało. Boli jak cholera. Nawet tych, którzy tylko z boku to słyszą, a skrycie marzą o śmierci. To ich nie powstrzymuje, zasmuca jeno. Jeśli, powiem Wam, nie chcecie dla niedoszłych samobójców źle, jeśli rozumiecie, że jest ogromna różnica między tym, co się Wam wydaje, że pretensje i żale to dobry sposób na „nawracanie”, a prawdziwym okazaniem starania, będziecie już wiedzieli. Samobójca to słaby człowiek i to, co innych wyprowadza z błędu, jego może złamać. Warto się powstrzymać od niektórych słów, chwilę się zastanowić, przemilczeć, wczuć się. To trudne, wiem, ale komu jest ciężej?
Ja uważam, że tak naprawdę tchórzami są ci, którzy tymi „tchórzami” tak niefrasobliwie rzucają. W moim odczuciu oni się boją, nie wiem, zmniejszyć dystans, podejść, jak gdyby sądzili, że mogą się od niedoszłego samobójcy zarazić jak grypą. Tak jest łatwiej, prawda. Co ludzie robią, gdy napada na nich morderca? Próbują go powstrzymać od zabójstwa. Wczuwają się w jego położenie – bo może to desperat albo coś. Nakłaniają do zarzucenia pomysłu, ale delikatnie, bo wystarczy chwila, jedno nieodpowiednie słowo, nerwy mu puszczą i już po nas. Przy samobójcy nikt się tak nie stara. Wiecie czemu, prawda? On tylko sobie może zrobić krzywdę. Po co myśleć o innych. Niech samobójca myśli. I czuje się winny. Że chce unieszczęśliwić bliskich. Czy rzeczywiście nikt go do tego nie powodował?
Z tego, co wiem, samobójcy to często bardzo wartościowi ludzie, którzy wiedzą coś więcej niż reszta społeczeństwa. A ich myślenie? Należy zmienić. Ale trzeba im w tym pomóc. Jest takie niemieckie powiedzenie, brzmiało jakoś „Problem rozłożony na dwie osoby to połowa problemu”. Nie trzeba wykazywać się podejściem jak psycholog, wcale tego nie żądam, bo sama tego nie umiem. Wystarczy okazanie starania.

P.S. Jak to brzmi? Tak pytam, bo nie wiem. Czy jak tekst osoby postronnej, tej takiej, co uśmiecha się do „biedaka” jak do żałosnego psa i „serio chce mu pomóc”? Takiej, co robi „Tiu, tiu tiu” i mówi, że on jest ‚fajny i w ogóle’ tonem udowadniającym, że większość tak nie myśli? Szczerze nie znoszę takich osób, a miałam nieszczęście paru ich poznać. Jako „biedak”, oczywiście. Ja siedzę w światku tych opuszczonych od lat, siedziałam nawet wtedy, kiedy nikomu przez myśl nie przeszło, że mogłabym stać się niedoszłym samobójcą. Mój czyn zmienił zdanie o mnie innych, we mnie nie zmienił nic. Ja taka byłam zawsze, zawsze byłam In, nigdy Outside.**
P.S.2. A jaki związek miał początek notki z tematem? Ano nie miał żadnego. Powiązałam go ot, tak sobie, po prostu chciałam o tym napisać. Teraz przyznać bez bicia: kto się nabrał?

____
* Tak, piękne słówko.
** Było kiedyś takie opowiadanie, czy raczej reportaż, w książce do polskiego. Utkwił mi nieźle w pamięci. I to „In” i „Outside”. O dziewczynie, która dołączyła do sekty, a potem z nie do końca wyjaśnionych przyczyn się zabiła.