… albo robić eutanazję

Tłumacz z całych sił, a niczego nie zdziałasz. Spróbuj coś zmienić – zauważą to i zrobią wszystko, żeby ci przeszkodzić. Załam ręce nad swoim życiem – udowodnią, że wszystko była twoja wina. Czemu tak im na tym zależy? Tylko wypatrują okazji, a jak już znajdą, to nie ma litości.
Ja jestem chyba tylko po to trzymana. Wychowano mnie w poczuciu beznadziejności i tak, bym nie umiała sobie z niczym radzić. Ale żyć muszę. Jak roślinka pod jakąś dziwną aparaturą, z milionem kabelków oplatających wątłe ciało – nie, raczej ducha – ale nie odłączą od tego mimo usilnych próśb ani nie dadzą mi samej tego zrobić. Ciągle gadają o nadziei, której ja nie widzę, wiadomo – z pozycji leżącej, dlatego muszę im wierzyć na słowo. Gadają i na tym kończą. Nie ma żadnych dowodów na jej istnienie, jak nie ma dowodów na istnienie kosmitów. Abstrakcja gdzieś tam w dalekiej ciemności, który nie jest nawet tunelem ze światełkiem na końcu.
Powiedzieliby, że już nie ma sensu się starać, bo jest tak jak myślę, że jestem do niczego i tylko powietrze marnuję. I kasę. Na inne rzeczy by wydali, na wakacje pojechali. Mają rację, wyjazd dobrze by im zrobił, odpoczęli by ode mnie. Od moich krzyków i tak dalej. I tak nie rozumieli, co do nich mówiłam. Nie wiem – to im czegoś brak czy mi już odbija? Podobno mam tylko nerwicę.

Takich powinno się wieszać

Prawdę mówiąc, powinnam była przygotować się na ten strach. Wspominam teraz chwile, kiedy szukałam pierwszej pracy i zupełnie nie mam pojęcia, z jakiego nierealnego świata wzięłam aż tak karygodną naiwność. Naiwność, od której całkiem oślepłam.
Może tylko trafiło mi się tak nieszczęśliwie, że w obydwu miejscach pracy ledwie wytrzymywałam. Do pierwszego dostałam się, jak myślę, bo śpieszyli się i nie kazali mi przyjść na rozmowę kwalifikacyjną. Wcześniej raz byłam na rozmowie gdzie indziej i zrobiłam tam jak najgorsze wrażenie. Zapamiętałam to, chyba aż za dobrze, i miałam potem naprawdę ogromne wyrzuty sumienia, że nie mieli czasu odrzucić mnie w przedbiegach. Albo do takiego myślenia mnie doprowadzono. Czy ja mogłam coś poradzić, że się stresuję ponad miarę, a oni wzięli to za lenistwo? Starałam się przełamać, bardzo, nawet ze łzami w oczach. Nie wyszło, odeszłam z białą flagą, szczęśliwa, że już dłużej nie będę ich męczyć swoim widokiem.
Drugą posadę dostałam praktycznie tylko za to, że byłam córką szefowej. Miało być różowo, nie było choćby i blado. Pozwalano sobie na wiele rzeczy, żeby mnie złamać, poskutkowało to szwankowaniem zdrowia, prawie że obłędem. Mama to widziała. I mówiła mi, że mam się przygotować, że gdzie indziej będzie jeszcze gorzej, bo tam nikt mnie nie wyratuje z matni mobbingu tak, jak ona.
Powiedziałam sobie pod koniec technikum: nie będę wierzyć w pecha. I nie wierzę. Wierzę w fart, który tylko ja potrafię tak zepsuć. Tak cieszyłam się, że będę pracować, zarabiać sama na siebie, a nie liczyć na rodziców. Cieszyłam się, że inaczej niż inni nieśmiali nie odczuwam lęku. Wiedziałam wtedy, że ja nigdy za pierwszym razem się nie boję, ale martwienie się tym odkładałam na później. Na teraz właśnie.
Boję się. Serialnie się boję. Wszystkiego, każdego szczegółu. Rozmowy, pytań, dlaczego od lutego nie pracowałam, tego, że nie umiem kłamać, że nigdzie mnie już nie przyjmą mimo mojego największego wysiłku włożonego w udawanie wartej zatrudnienia. I tego, że, jeśli mnie przyjmą, to wszystko się po paru dniach zacznie powtarzać. Jelito drażliwe, ciągłe kontrole przed lustrem, zaprzątnięcie tym, nerwy, płacz. Rozczarowanie na twarzy pracodawcy. I nie poradzę sobie. Tym bardziej, że ma być gorzej. Że wszyscy współpracownicy rzucą się na mnie jak na smakowity kąsek – jak na królika na odsłoniętym terenie. Zabiją, rozniosą po okolicy i zostawią na publiczne obrzydzenie.
Rodzice mówią mi, żebym szukała pracy, rzucają propozycje. Ja toleruję wszystko, byle nie to. Zasłaniam się bzdurnymi wymówkami, robię krzyk, uciekam do swojego pokoju. Żeby tylko o tym nie myśleć.
Zastanawiam się, czy jest jeszcze dla mnie nadzieja. Bo różowe okulary zgubiłam już dawno, zostały mi tylko czarne i w nich widzę, że wszystko już stracone. Młoda jestem. I co z tego? Przeszłam w moim krótkim życiu zbyt wiele, by patrzeć ludziom w oczy bez strachu, a jak równy z równym, by chociaż ukryć, jak bardzo czuję się od nich gorsza. I słabsza. Mniej warta. Niegodna mniemania, że mogę tak jak inni śmieć uważać się za godną otrzymania jakiejkolwiek posady.
Nerwica lękowa: strach przed ludźmi, strach przed najgorszym, strach przed odrzuceniem, ataki paniki, strach przed strachem. Z czymś takim mam iść do ludzi?

P.S. Strona odżyła. Dzięki komuś, komu udało się wyciągnąć mnie z marazmu, choć myślałam, że to za trudna sztuka jest. Jak to się mówi, razem raźniej. Już Nieśmiałości nie zostawię.

Z refleksją o braku refleksji

Przeglądając dzisiaj z rana telewizję trafiłam na omawianie w „Pytaniu na śniadanie” temat o uproszczeniu polskiej ortografii. Z tego, co mówiono, i z tekstów na ekranie zrozumiałam, że ktoś ewidentnie zamierza pozbyć się literki „ó” i głosek „rz” i „ch”. Dziwne mi się to wydało, a że od zawsze zwracam uwagę na naszą polską pisownię, zaraz mną to wzburzyło, że to co – jeszcze może na modłę internetowego języka zamienić „ż” i „ź” na „z”, „ą” na „a” itd., potem pozwolić ludziom wybierać, czy będą chcieli pisać „nie” z czasownikami razem czy osobno, wykreślić ze słownika wyrazy, których znaczenia większość nie zna, a w końcu wprowadzić do szkoły kaligrafowanie TrAfFkĄ jako lekcje obowiązkowe w ramach języka polskiego.
Nie wiem, czy to Unia sobie to wymyśliła, w każdym razie w programie mówiono o zrównaniu naszego alfabetu z alfabetami innych europejskich krajów, żeby mieszkańcom ich krajów było łatwiej się z nami porozumieć. Tylko nie mam pojęcia, dlaczego. Czy np. Niemcy zrezygnowaliby ze swojego umlautu albo Brytyjczycy z „th” tylko dlatego, że ciężko to wymówić (tak jak w tej reklamie: „through” i „sru”)? Jakoś nie potrafię sobie tego wyobrazić. Zbyt dumne kraje to są. Polska za to musi się wiecznie podlizywać.
Jak by ktoś argumentował wprowadzenie takiej zmiany? Że młodzieży coraz trudniej jest się uczyć polskiej pisowni, a siły na to, żeby ich jej nauczyć, już nikt nie posiada, bo dysleksja, bo poprawianie błędów w Internecie spotyka się z wielkim atakiem i nazywaniem noobostwem (czy jeszcze czym innym, nie orientuję się dokładnie) i nic już się nie da i tak zrobić? To nie jest powód, by pomagać rozleniwionym nastolatkom w samoogłupianiu się. Może to sposób na to, żeby zrobić z Polaków jeszcze większych idiotów, tak jak to jest w przypadku wprowadzenia nauczania w gimnazjach i śmiesznie łatwej (ale i udziwnionej) matury.
Jak dla mnie znajomość ortografii jest równie ważna jak sama umiejętność pisania i jestem pewna, że rozwija myślenie, wyobraźnię i pamięć, no i wspólnie z interpunkcją pomaga zrozumieć odpowiednio tekst pisany (co ma stać się np. ze słowami „mur” i „mór”?). Bez tego ludziom będzie jeszcze bliżej do stania się bezmyślnymi wykonawcami wszystkiego, co im się powie, bez własnego zdania, bez żadnych obiekcji, nie umiejących czytać, rozwijać się, porozumiewać się, pracować, współpracować, nazywać, a w rezultacie i żyć. Może to chora wizja niemająca nic wspólnego z tak nieważną sprawą, ale co jeśli nowy język polski zostanie prawnie zaakceptowany, trafi do książek, gazet, telewizji, stanie się zupełnie normalny? Dzieciaki zaczną sobie jeszcze bardziej upraszczać, bo zawsze tak robili, a wtedy to już tylko kwestia czasu, żeby zatracić całą kulturę – i rozum.
Ja sama jestem za dodawaniem do słownika nowych słówek sprowadzonych z zagranicy, szczególnie tych nowo powstałych, jednak nie można zapominać o naszych polskich wyrazach i o ich poprawnym zapisie. Bo jak to będzie kiedyś? Akcja Poczytaj mamo 15-latkowi „Harry’ego Pottera” (najprostszą książkę, jaka może istnieć!), bo on nie da rady?