My, dumni z siebie

Nakręcona dzisiejszym gorącym tematem na głównej Onetu.
Dowody na to, jacy szanowni Polacy są uczciwi i mili, dostawałam w pracy niemal codziennie. Tak, powiem Wam, nie znałam życia, dopóki nie znalazłam się na stanowisku kasjer-sprzedawca w dużym osiedlowym, samoobsługowym sklepie. Wtedy dopiero zorientowałam się, jak ludzie potrafią śmiecić przez drzwiami, kraść, przestawiać towary, a potem mieć pretensje, że nic nie leży na swoim miejscu (lub że przestawiony towar nie ma etykiety z ceną, tia), miażdżyć z premedytacją pomidory (chociaż klienci nazwaliby to chętnie organoleptyczną kontrolą świeżości), kombinować, wrzeszczeć, mieć wielkie wymagania (jedne chłopaki dziwiły się, że nie znam cen wszystkich towarów, chociaż sami mogli je bez problemu sprawdzić) i do reszty irytować. Ot, parę przykładów:
Była taka jedna dziewczyna, śliczniutka lalunia typu barbie, która notorycznie próbowała zakupić u nas towar dostępny jedynie dla pełnoletnich. Na początku przychodziła w tym celu sama, później, stwierdziwszy widocznie, że już jej lico pamiętamy, zaczęła przyprowadzać swoje koleżanki z klasy. Ale słuchajcie jak! Najpierw wchodziły razem, oglądały, powiedzmy wódkę Finlandię, wychodziły, po paru godzinach były już z powrotem, rozdzielały się, po chwili pani barbie wychodziła, a koleżanka podchodziła do lady i prosiła o w/w towar. Nie wiem, może miały ekspedientkę za jakąś głupią, ale za każdym razem odchodziły z niczym, aż do czasu, kiedy zmusiły do współpracy od paru dni dorosłego kolegę. Ten przypadek nie był odosobniony, bo zdarzało się, że inne egzemplarze naszej zdolnej młodzieży pokazywały dowody, szkoda tylko że tymczasowe, zasłaniały datę urodzenia i liczyły na powodzenie akcji, tudzież prawdopodobnie preparowały karteczkę z pozwoleniem od mamy i nie szło im wytłumaczyć, że pani sprzedawczyni może przez ich próby stania się „odpowiedzialnymi dorosłymi” za kratki trafić. No bo po co mają mieć wyobraźnię?
Inna rzecz – doładowania telefonów. Większość transakcji kończyła się szczęśliwie, jednak znajdowali się czasem ludzie, którzy wracali z e-voucherem i wmawiali, że kod na nim był już wykorzystany. Mądry sprzedawca nie przyjmuje takiej reklamacji, bo sam z własnej kieszeni by musiał zapłacić, dlatego zawsze był krzyk, wymyślanie, że to sklep, nie operator, powinien za to odpowiedzieć, ale po sprawdzeniu czego trzeba okazywało się, że albo kod był źle wpisywany, albo był owszem wykorzystany, ale przez kłócącego się właśnie klienta.
Trzeci przykład: złodziejstwo. Ile razy trafiłam na klienta, który kładł koszyk z zakupami na ziemi i wykładał je na ladę, oczywiście z pominięciem tych droższych, tudzież na kogoś, kto jedno piwo kupował, drugie wciskał sobie do rękawa od kurtki lub zagadywał sprzedawcę, a jego kolega schowany za regałami brał, co chciał później sprzedać za złotówkę. Takie przypadki można by wymieniać i wymieniać, fakt, że praca w sklepie wyjątkowo stresująca, nie jest wzięty znikąd. Zdaje mi się, że ludzie myślą, że skoro ekspedientka ma przy sobie dużo pieniędzy, to one wszystkie należą do niej i parę groszy mniej nie zrobi jej różnicy. Nie mam zielonego pojęcia, w którym miejscu są ku temu przesłanki.
Napiszę tyle: kto mówi „Anglicy nie mają prawa twierdzić, że Polacy to złodzieje”, musi trochę się jeszcze zastanowić. Ja sama jestem uczciwa, ale ze swojej strony niczyjego zdania na temat moich ziomków nie mam zamiaru bezpodstawnie zmieniać. Bo dla kogo niby mam się na ośmieszenie narażać?

Przy lustrze odwróconym

Z tego, co aż boleśnie wyraźnie widzę, ludzie wyjątkowo często różne odbiegające od normy zachowania związane z jedzeniem bez namyślania się przypisują anoreksji czy bulimii. I mnie stawiano zarzut odchudzania się, bo w krótkim czasie mocno zjechałam z wagi, do tego przestałam jeść słodycze. Jednak w mojej opinii to zbyt duże uproszczenie, dla mojej osoby nawet obraza i przykład niezrozumienia, bo sprawa potrafi być bardziej zawiła niż się wydaje…

***

Byłam zestresowana, i to mocno. Kto by pomyślał, żeby osobę tak nieśmiałą, z nerwicą, zmuszać do pracy w sklepie spożywczym, właściwie być ostatnią szansą na to, by ten sklep się utrzymał, żeby mama nie zaorała się sama na śmierć? Poświęcałam się bardzo, przychodziłam wcześniej do pracy, codziennie układałam wszystko idealnie, kontrolowałam i pilnowałam, ponad siłę wstrzymywałam swój lęk przed ludźmi, żeby opinii sklepu nie wystawiać na szwank. Miałam takiego pecha, że niemal każda z moich współpracownic musiała mnie atakować i to często w niezwykle perfidny sposób, chociaż i tak miałam już wystarczająco nerwów.
Ja nawet tego nie odczuwałam naprawdę tak, jak powinnam. Zdaje się, moja psychika reagowała obronnie jakąś derealizacją, osłabieniem w pobieraniu bodźców, tak że jedynie niepokój, że coś jest nie tak, dawał o sobie znać. Reszty albo nie rozumiałam, albo nie pamiętam, poza może atakami paniki z samego początku pracy.
W wakacje zaczęło dziać się coś dziwnego. Częściowo wypływało to z diety, teraz to dostrzegam. Nie wiedziałam, co to jest, denerwowałam się tym, wstydziłam i ani trochę nie mogłam sobie wytłumaczyć, o co w tym chodzi. Wtedy też powoli zaczynałam zauważać coraz to nowe defekty mojego wyglądu, mimo że towarzyszyły mi już od dawna. Szukałam informacji na ich temat, pytałam, porównywałam z innymi, próbowałam coś z tym robić. Postanowiłam zwalczyć je jakimiś kremami, ćwiczeniami, na jesieni nawet zmieniłam nawyki żywieniowe (odkryłam np. jak bardzo słodycze niezdrowe są na trawienie) i myślałam, że wszystko się jakoś poprawi.  Na nic to było. Zdarzyło się, że miałam jechać na bardzo ważną konsultację do Olsztyna, w sprawie operacji, na której zależy mi bardziej niż na czymkolwiek innym. Bałam się, że nie trafię do celu, więc szukałam osoby, która zechce ze mną się tam udać. Nikt się nie zgodził, pojechałam sama i… nie trafiłam. Przegapiłam konsultację. Siedziałam na dworcu i ryczałam, za nic nie mogąc się uspokoić, zużyłam wszystkie chusteczki i nawet nie miałam przy sobie lusterka, żeby skontrolować makijaż, a ludzie przecież patrzyli. Konsultację udało się przełożyć dopiero na za tydzień. W tym czasie pogorszyło mi się, dostałam zaparcia, aż brzuch miałam wypchany do niemożliwości. Myślałam, że to minie, ale nie minęło, zostało. Nie wiedziałam, co z tym robić, nikt nie chciał mi doradzić. W aptece dostałam leki na przeczyszczenie, które po pary dniach przestały działać. Siostra, jak je znalazła, zrugała mnie, że mogłam ich nie kupować, bo one jeszcze bardziej szkodzą. Nie powiedziała, co mam brać zamiast nich. Tak samo reagowali inni.
Poszłam w końcu do psychiatry, do gastrologa, dostałam leki, nie pomogły. Nakupowałam sobie herbat na trawienie, kefirów, siemienia lnianego, innych cudownych specyfików. Wszystkie albo pomagały przez parę dni, albo w ogóle. Nie wiedziałam co jeść, kiedy, w jakich ilościach, w jaki sposób, żeby zdążyć wszystko w sklepie zrobić. Byłam całkowicie bezradna. Codziennie sprawdzałam mój brzuch w lustrze, jednym, drugim, trzecim, w sklepie czwartym i piątym. Za każdym razem chciało mi się płakać, że takie mam okropne proporcje. Jak facet z mięśniem piwnym. Jakbym była totalnie zaniedbana. Tym gorzej było, im bardziej chudłam. Chude ręce, chude nogi, wąskie biodra, wielkie plecy, wielki brzuch, oponka, brak talii, zero mięśni. Do tego stare blizny na ramionach, rozstępy, trądzik, wada zgryzu, mocno pomniejszające oczy okulary, krzywe łydki, niezdolność uśmiechania się. Kiedy widziałam siebie na monitoringu, całą resztę dnia byłam załamana. Tylko ja wyglądałam na nim jak potwór. Niejednokrotnie zdarzało się, że zamykałam się na zapleczu w kiblu i ryczałam. Robiłam wszystko, żeby nie wychodzić na salę sprzedażową, żeby nikt mnie nie oglądał, bo wiedziałam, że brzuch nawet pod fartuchem wyraźnie widać. Potrafiłam latać do łazienki do 15 minut, całkiem bez potrzeby. Byłam zupełnie bezradna, dobita, zmęczona.
Problem, jak później odkryłam, związany był z zaburzeniem konwersyjnym, które wcześniej u mnie stwierdzono. Pogarszał się z każdym miesiącem. Pojawiły się bóle nie do zniesienia, dokuczała mi zgaga, refluks, a na wzdęcia nie pomagały ani tabletki, ani mięta. Ćwiczyłam wytrwale, chociaż nie miałam na to już siły, traciłam godziny na wcieraniu w siebie różnych specyfików, bo może akurat coś dadzą. Poświęcałam walce z jelitem drażliwym cały swój czas i uwagę. Nie było chwili, żebym o tym nie myślała, rodzinę wręcz zamęczałam swoimi wywodami na ten temat. W końcu znajoma poleciła mi lek, który sama kiedyś brała. Wykupiłam 2 opakowania, zrobiłam sobie miesięczną terapię, przez następny miesiąc miałam spokój. Nawet mniej przejmowałam się moją urodą. Jakoś tak potrafiłam powiedzieć sobie, że nie jest tak źle.

***

Przeszło miesiąc temu przeżyłam poważne zatrucie lekami. Wyszłam ze szpitala słaba jak anemiczka i do teraz każdy, nawet 5-minutowy wysiłek przyprawia mnie o zawroty głowy, dlatego nie mogę ćwiczyć. Staram się to jakoś wytrzymywać, wmawiać sobie, że nic się nie stanie, jeśli zrobię sobie przerwę, mimo że wcześniej nawet po kilkudniowym lenistwie czułam, jak rozpadają mi się mięśnie, brzuch flaczeje, a figura, ledwie wypracowana, staje się na powrót jak u faceta. Postanowiłam sobie, że przed wakacjami będę regularnie jeździć na rowerze, ale chyba nic z tego nie wyjdzie. Nie wiem, jak teraz będzie, problem znowu wrócił, drugi raz biorę tamte leki. Może nie jest tak źle, jak wtedy, ale boję się, że całe życie już pozostanie mi się z tym borykać, kiedykolwiek pójdę znowu do pracy czy do szkoły, zawsze będę chodziła zgnębiona – wiem, że to przez ten sklep wszystko się popsuło. Słyszałam kiedyś o dysmorfofobii, nie brałam jej wcale do siebie, chociaż utkwiła mi w pamięci. Teraz czuję, że nie bez powodu.

Zadowolona

Nie będę rozwijać w tej notce żadnego konkretnego tematu, bo jakoś nic mi się nie chce ostatecznie ukształtować w głowie, chciałam jedynie podzielić się z Wami czymś, co wreszcie udało mi się z siebie wydusić, a co, tak myślę, pozwoli Wam poznać odrobinę mojego obecnego nastroju, który powoduje taką ciszę na moim blogu. Wiecie, nie wyobrażałam sobie, że będę musiała kiedyś coś tak dziwnego przechodzić… Łapcie.