„Nigdy więcej!”

Opowiem Wam krótką bajkę, chcecie? Oto i ona…

     Żyła sobie niedaleko Was, drodzy Czytelnicy pewna dziewczyna. To była taka małomiastowa córka swoich rodziców i siostra swojego rodzeństwa, właścicielka swojego pokoju, w którym tego dnia siedziała, jak zwykła to robić, przed komputerem. Nakryła się była kocem, żeby nikt, przechodząc, nie zauważył, że płacze, a jej makijaż coraz gęściej spływa po jej policzkach, żłobiąc misterną ozdobę jej rozpaczy. Siedziała niewzruszona, nie dając się sprowokować rodzinie, po raz kolejny złej na nią, że zrobiła kłótnię o coś nic nie znaczącego. Myśli w głowie dziewczyny, przetykane słowami matki i braci, niemiłosiernie rozbijały się o czaszkę, jak fale szalejącego morza uderzające o skały jaskini, w której schronił się wymizerniały rozbitek. Siedziała, czekała na ulgę, ta jednak nie przychodziła, jakby bezlitośnie karając ją, za to, że znowu na siłę jest tylko sobą.
     Nagle – zwróciła oczy w kierunku szafy. Tak, na taką chwilę przecież czekała. W szafie było coś, co skrupulatnie ukryła przed czujnym okiem matki, coś nie należącego do dziewczyny, skrzętnie uzbierane i przypadkiem odpowiednie do tego, co zamierzała zrobić. Dziewczyna wiedziała, że teraz na pewno jej się uda. Czerwony plecak był pełen, a mimo wszystko lekki, tak że bez problemu zaniosła swój skarb do łazienki. Stamtąd, wypędzona przez siostrę, przeniosła się do toalety, gdzie klęcząc rozłożyła to: k… w dużej dawce, sztuk 193, i f…, sztuk 9. Dziewczyna silnie drżała – to, co miała teraz zrobić, było dla niej zupełną nowością, mimo tego, że jej rodzeństwo często i wręcz nieznośnie o tym mówiło. Ale to nie było ważne, ważne było: ile tego wziąć? Wszystko? Może wystarczy połowa, a drugą zachowałaby na później, bo a nuż się teraz nie uda… I woda. Tak, to też jest ważne. Każde 10 tabletek musi popić połową szklanki, no bo to nieznośne zaparcie… Pokręciła głową na tę irracjonalną myśl. Rozpakuj je wreszcie, to tylko chwila. Rozpakuj. Rozpakuj. Rozpakowała. Już nie było wyboru, popiła je, potem popiła następne i następne. Coraz bardziej drżała i coraz ciężej oddychała. 49… Nie dała rady wziąć więcej.
     Nie pozostało już w niej nic z instynktu samobójcy, który na chwilę rozkwitł w jej ciele i trzymał ją za rękę, prowadząc w kierunku, do którego teraz zgubiła drogę. Porzucona, potykając się, poszła tam, gdzie umiała, do kuchni. Tam, zgarbiona jak nigdy, osłabiona, rzuciła plecak i czekała posłusznie na to, co zrobi jej mama…

***

      Samochód pędził ulicami miasta aż dojechał do bram szpitala. Mama wysiadła, wyciągnęła córkę z auta, a ta, posłuszna, przeszła przez drzwi i przez następne, rozmazana, w długiej spódnicy, z niepasującym do tego kompletu plecakiem, na spotkanie świata medycyny. To, co tam się działo, warto zapamiętać. Pierwsze pytanie brzmiało: ile lat, drugie: co wzięła, trzecie: ile. Kazano jej się rozebrać, zbadano serce, kazano ubrać, wyprowadziło do innej sali, wepchnięto na wózek, zdjęto okulary i przerażonej wciśnięto w ręce wielką miskę. Chyba chciano ją udusić, nie zdążyła zaprotestować z rurą w przełyku. Wlano jej do żołądka pół dzbana wody, zmuszono do zwracania, potem resztę, potem następny dzban, trzeci, siódmy. Chyba chciano rozsadzić jej brzuch, bo tylko rzadkie potrząsanie rurą mogło sprowokować jej gardło do odruchu wymiotnego. Trzęsła się jeszcze bardziej, ledwo trzymając miskę, przełyk piekł jak nigdy, nawet spódnica była zachlapana przez zawartość jej trzewii. Dosłyszała stłumiony szept pielęgniarki do innej: … te tabletki są niebesss… Czarna ciecz polała się po rurze – węgiel. Miała dość.

***
     Niewiele pamięta dalej i też wydaje jej się to jedynie snem, którego nigdy na jawie nie chciałaby śnić. Została przewieziona na oddział wewnętrzny, ostatnim wysiłkiem weszła na łóżko, zdjęła mokrą spódnicę pod kołdrą… odpowiedziała coś wymijająco policjantowi… zeszła z łóżka i zatoczyła się… mama podkładała pod nią basen, raz po raz… poiła ją… przemoczone łóżko… mama ją myła, zmywała makijaż, karmiła jakimś kotletem, mówiła: masz, jedz, masz, pij… poprawiała jakieś kable na jej nosie, rękę z wenflonem… jakaś inna kobieta, córka pacjentki obok, dała jej basen, potem wyniosła… Nie pamięta, że odwiedziła ją siostra, a mama jeździła do niej w tym czasie aż 5 razy. Nie wiedziała, że dostała ataku padaczki, że tyle osób starało się, żeby wyszła z tego cała i zdrowa. Nie wiedziała, że to  wszystko działo się naprawdę, a kiedy obudziła się następnego dnia, był on dla niej poprzednim. Była u psychiatry, w łazience, widziała się z mamą i tatą, jadła zupę, kanapki z szynką, spała. Była tak spokojna, jakby nigdy nie stało się to, co było przed tym okropnym snem…
***
     Dziewczyna jeszcze teraz odczuwa skutki swojego działania. Co rano i co wieczór ma napady drgawek, na szczęście coraz słabsze, zrobiły jej się zajady, na rękach ma siniaki po pobraniu krwi i po wenflonie, a cała  jej skóra jest lekko żółtawa. I jej myśli są jednoznaczne: nigdy więcej tego nie zrobię. Już tego nie potrzebuję. Wszystko się zmieniło, jestem szczęśliwa. Ale… może to tylko przez te tabletki?

Nie sięgnę

Skąd to się nagle u mnie wzięło? Kiedyś wielu swoich wad nie lubiłam, teraz próbuje na siłę zmieniać to, czego nie da się zmienić. Koniecznie chciałabym przybrać formę innej osoby, jakiejś wziętej znikąd, widzianej gdzieś w setkach innych ludzi i składanej przez lata do kupy,  którą włożyłam sobie do głowy – chyba tylko po to, żeby mnie teraz dręczyła.
Nie,  ja wcale nie muszę być idealna, muszę być chociaż trochę taka jak wszyscy. A nie będę dopóki nie zdołam wszystkiego robić celująco, dopóki nie będę wzorem, perfekcyjnie wyciętym szablonem, który dopiero  wtedy może zacznę uważać za ludzki.
Lepiej chować się, jeśli się czegoś nie potrafi. Lepiej się nie przyznawać, przemilczać, nawet nie usprawiedliwiać, a potem w zaciszu domowym, w myślach i w ciele, cierpieć podwójnie. Bo ktoś nie rozumie, do kogoś nie dociera, a ktoś zazdrości i z zazdrości przeciw mnie coś knuje.

***
Tak…

To musi być wyglądać tak, to musi przebiegać w ten sposób, to musi tak ułożone; to miało wyjść lepiej, temu miałam poświęcić więcej uwagi, na to powinnam mieć jeszcze siłę, to miałam w sobie poprawić, ale… Jestem zbyt głupia, brzydka i leniwa, nic nie daje rady zrobić, do niczego nie mam zdolności… i na nic już nie mam ochoty. Czego wy ode mnie jeszcze chcecie? Jak to niczego?

***

Czy to na tym polega dorosłość? Czy może to występuje tylko u tych, którzy nie umieją wyjść z dzieciństwa na ten trudniejszy, bardziej zaawansowany świat?

P.S. Polecam.

Może

Ostatnia notka została umieszczona tu już prawie że pół roku temu. Heh, wiecie, myślałam, że ona będzie zwiastować mój powrót na bloga, że jakoś pomoże na nowo poczuć ten klimat pisania, tej namiastki artyzmu, na jaki przez 2 lata sobie pozwalałam. Ale niestety, napisałam ją z bólem, bez radości, bez werwy, mimo wszystko myślałam, że jeśli zobaczę pod nią komentarze, jeśli zobaczę, że ktoś tu nadal o mnie myśli i chce mnie czytać (o jakie to przyziemne!), będzie mi później łatwiej pisać kolejne wypociny. Zaglądałam na bloga przez parę dni, co chwilę, jak kiedyś, czekałam, doczekałam się – i nic. Pustka. Gdzie wena, no gdzie? Wyparowała.
Nie wiem, kiedy dokładnie się to zaczęło, może jeszcze kiedy byłam na pierwszym stażu, może dopiero po tym, może jak już mama założyła już sklep, czy może wtedy dopiero się to umocniło. Dziwna sprawa. Chciałam napisać o wielu rzeczach, miałam tyle postów w głowie, tyle spraw, na temat których chciałam wyrazić swoje zdanie, za każdym razem, kiedy miałam zasiąść do bloga, za każdym razem – coś mówiło mi: nie pisz. Nie pisz. Nie pisz. Bo nie wiesz wszystkiego, bo źle to napiszesz, bo ktoś cię objedzie, bo zrobisz z siebie idiotkę. Bo to bez sensu, bo nie masz na to siły. Bo nie.
Przez cały ten czas miałam w sobie niepokój, pytałam siebie, czy to normalne, czy coś mi nie jest, czy coś mnie nie dopadło, jakaś znowu deprecha, jak w 1 klasie technikum. Odpowiadałam sobie nie, czuję się dobrze, to nie to. A więc co? Wypalenie? Mam skończyć jak ci blogerzy, którzy pisali i pisali, a potem nagle skończył im się zapał i nikt później nie potrafił się pogodzić z ich odejściem? Nie chciałam przyjąć tego do wiadomości, oj nie. Może to głupota albo jakieś chore przekonanie, ale uważałam, że jeśli raz założyłam bloga, to już nie mogę go ot tak zostawić. Jak terapii albo nie wiem… Obowiązku.
Teraz myślę, że to przez pracę w sklepie mamy. To była bardzo wyczerpująca inwestycja. Nie fizycznie, przynajmniej nie dla mnie. Ja wiem, że mnie byłoby stać na dużo więcej niż z siebie dawałam. Psychicznie stałam się w nim wrakiem. Miałyśmy z mamą takiego pecha, że w większości trafiały nam się jak najgorsze pracownice. Trzeba było tyrać za trzech i do tego znosić ich fałsz i lenistwo, zwalniać jedne, przyjmować drugie, niemal wszystkie takie same jak poprzednie. Do tego doszedł inny stres, bo często gęsto musiałam stać za ladą prawie bez przerwy, a tego, jak mówiłam mamie, szczerze nie znosiłam. Wolałam układać towary na półkach, bo to byłam w stanie kontrolować, ludzi nie. Za ladą czułam się jak ostatni leń. Traciłam na wszystko ochotę.
Wiecie, a było o czym pisać, bo dużo się u mnie działo. O roku działalności mogłaby powstać niezła encyklopedia. Doświadczenia, nowe umiejętności, znajomości, nowa wiedza na temat ludzi, jacy są… okropni i jak nie można nikomu ufać. Powiem Wam, o tym powinna być osobna notka, ale ja wiem, może nigdy taka nie powstanie. Już nic o sobie nie mogę powiedzieć na pewno. Coś tam powiem, a za chwilę okaże się to nieprawdą, bo nastąpi jakaś zmiana – gniew, atak histerii i wszystkiemu będę chciała na siłę zaprzeczać, żeby w ten absurdalny sposób się wybronić przed wlasną głupotą i naiwnością. I znowu przypomina się ta myśl: nie pisz.
Chodzę do psychologa, leczę się. Może się coś tam zmieniło, ośmieliłam się, jak to niektorzy mówią, zrobiłam zadziorna, ale czy to cokolwiek mi daje? Nadal czuję się dziwna. Nadal tu nie pasuję. Bo myślę inaczej, inaczej odczuwam. Mocniej. Nikogo to nie obchodzi. To boli. To mnie hamuje. Każe się wyłączyć, odsunąć. Uczę się na terapii, że mogę być zła, że mogę być smutna, że mogę płakać, że mogę czuć co innego niż wszyscy w danej sytuacji; że mogę być sobą, ale wydaje mi się, że tego nie łapię. A może łapie? Nie wiem. Wiem tylko, że tłumaczę to co i rusz mamie i reszcie rodzinie, bez żadnego skutku. Dlaczego? Bo jestem głupia. Może. A może nie. Może to nie ja jestem głupia, tylko inni. Może. Nie wiem. Wszystko jedno.

P.S. Teraz ma się coś dziać. Coś się ma zmienić. Nareszcie na lepsze. Ale dopiero w czerwcu. Na razie tylko planuję, myślę, rozważam. Unikam działania. Boję się, że nic nie wyjdzie.