Wiecie, nadal trudno mi o tym pisać…

    Pamiętam, jak kiedy prawie  dwa lata temu mama powiedziała mi o Ani z Gdańska, która powiesiła się, bo koledzy z jej klasy zrobili z niej kozła ofiarnego, coś mnie mocno ubodło i przez długą chwilę stałam bez ruchu całkowicie skonsternowana, a potem nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, co mówić i o czym mówią inni; a w szkole wręcz, po pierwszym szoku, potrafiłam nie słuchać na lekcji (co było dla mnie czymś nowym), a na przerwach zwijać się w jeszcze ciaśniejszy kłębek niż zwykle i z całych sił hamować napływające do oczu łzy, oburzona i totalnie zniesmaczona zaskoczeniem mediów, rodziców i nauczycieli. Jak już pewnie niektórzy z Was mają w pamięci moje pełne gniewu notki (przez jedną osobę nazwane chamskimi) z tamtego okresu i wiedzą też, że w końcu nie wytrzymałam napięcia i z wielkim płaczem poszłam do szkolnej pedagog wreszcie się otworzyć… I niby był to moment przełomowy w moim życiu, bo mówienie o szkolnej przemocy stało się łatwiejsze, to cały czas czułam, że coś jest nie tak, że jest pewna sprawa, która mnie od Ani z Gdańska odróżnia. Bo czym innym jest jeden epizod, w jej sytuacji niewyobrażalnie okropny, a czym innym powtarzający się całymi latami schemat, który ostatecznie utrwala w ofierze przekonanie, że ona jest gorsza, a inni mają za zadanie wciąż i wciąż ją ciemiężyć…

***

    W przedszkolu byłam mocno zamknięta w sobie i wrażliwa. Zazwyczaj bawiłam się sama, kiedy jakiś kolega zabrał mi kanapkę z jedynym smarowidłem, które lubiłam, wpadałam w histerię, a jak zobaczyłam, że brat „starszak” wraca już do domu, przedszkolanki nie potrafiły mnie uciszyć. Dlatego też mama postanowiła wysłać mnie do „Zerówki” rok wcześniej z bratem. Wtedy praktycznie mojego płaczu nie było końca: ryczałam, bo nie dostałam cukru do herbaty albo z innego błahego powodu. Koledzy zwykli wtedy mówić: „O, radio się włączyło”. To było bardzo upokarzające.
    Po jakimś czasie, kiedy miałam iść już do pierwszej klasy podstawówki, przypomniałam sobie rozwrzeszczane dzieciaki wpadające do „Zerówki” pod moich koniec zajęć, podobno na „drugą zmianę” i słowa mamy, że w nowej klasie będą całkiem inni koledzy niż ci, których znałam. Tamte hałaśliwe dzieciaki strasznie mnie przerażały, dlatego powiedziałam mamie, że się boję. Teraz wiem, że mogła pójść do mojej wychowawczyni i porozmawiać o mnie, ale nie zrobiła tego. Tak samo nauczycielka mogła zareagować, kiedy koledzy zaczęli pastwić się nad małą dziewczynką, która siedziała cicho w ławce i ani drgnęła przez cały dzień. Koledzy, zdaje się, dostali nawet na to ciche przyzwolenie… Wtedy było już wyraźnie widać objawy moich zahamowań emocjonalnych. Ale nikt mi nie pomógł, nikt nie przyjrzał się mojemu zachowaniu ani relacjach między mną a moimi rówieśnikami, nikt nie pokusił się o to, żeby choć zapytać, co się ze mną dzieje, dopiero niedawno przypadkiem wybadano u mnie powyższe zaburzenie, a nauczyciele poczuli się zmuszeni traktować mnie lżej niż wcześniej. Przez wszystkie lata szkoły podstawowej, potem gimnazjum, a na końcu technikum byłam zupełnie sama – ja, niepozorna, słaba i chorobliwie nieśmiała dziewczynka – przeciwko całym klasom, nie mogąc się nikomu poskarżyć, bo uważano, że tylko ja jestem wszystkiemu winna, a moi kaci mają rację, że nie dają mi normalnie żyć.

***

    Wiecie, moja mama jeszcze parę dni temu nie wiedziała, co działo się ze mną w szkole ani o co mi chodziło z tą całą nerwicą lękową, o której co i rusz próbowałam w jakiś sposób powiedzieć. Była święcie przekonana, że ja sobie świetnie ze wszystkim radzę…

P.S. Mówi się teraz, że są szkoły bez przemocy. To bujda. Nie ma takich szkół. Dręczeni uczniowie zawsze byli cicho i zawsze będą, a nauczyciele nadal nie wiedzą, po czym poznać problem. Nie wiedzą albo nie chcą wiedzieć.