Szara muza

śpij
niech cię nie widzą moje oczy
będę sama sobie żyć
wyglądać przez okno
szukać prawdziwie zbędnego
prawdziwie miłego dla oka

nie patrz na mnie
chcę mieć wolne od powinności
od żądań od nienaturalności

bądź
tylko w mojej głowie
wygładzoną rozjaśnioną perłą
najprostszym pokarmem
żebym się nie udławiła

 rozluźnij uścisk puść
bo i tak mnie kiedyś zostawisz
ja wolę pozostać szarą muzą
pośród wielkiego oceanu
śmiać się płakać
układać kroki
w rytm samotnego walca

 obserwuj
mnie jako geniusza
zawodowca
osobistość z telewizji
ale nie podchodź
bo nie chcę się oparzyć

 daj mi tylko tą jedną jedyną pewność
powiedz

że mogę tak żyć

13.11.2007 r.

 
hclay

Filantrop

    Silny, postawny nowobogacki o aparycji króla, zjednujący sobie szacunek u ludzi nie tylko wyglądem, ale i godnym zachowaniem, ożenił się, gdy zaczął dobiegać już do wieku średniego. Oczarował go jej niezwykły uśmiech, czysta dusza uwidaczniająca się na jej obrazach oraz pochodzenie, które musiało sprawić, żeby rozumiała ludzi, którym on stara się pomóc. Jednak szybko się nią zmęczył. Na przyjęciach i spotkaniach służbowych, na które ją zabierał, sprawowała się bez zarzutu, była ułożona i uśmiechnięta, zachowując się jak na żonę przystało – w domu cały czas od niego uciekała, wymykała się nie chcąc nawet z nim porozmawiać, jednocześnie bardzo denerwując się, kiedy on musiał wyjechać.
    Wybrał dziewczynę z rodziny, którą dobrze znał. Byli to dobrzy ludzie, dostrzegał jednak czające się wśród nich coś podejrzanego – coś ciemnego. Od samego początku często z nią rozmawiał, mówiąc, że jego praca jest bardzo ważna i dlatego ona powinna być miła dla ludzi, że powinna sprawiać dobre wrażenie; nie był tylko do końca pewien, czy rozumiała jego słowa. Zauważył, że poza krótkimi wypadami do ratusza praktycznie całe dnie spędza w domu, a to czytając, a to pomagając służbie sprzątać – byle z daleka od niego. To spędzało mu sen z powiek.
    Przed ostatnim wyjazdem stracił cierpliwość. Nie rozumiał, dlaczego nie chciała go puścić, nawymyślał jej. Wściekły wsiadł do powozu. Tym razem postanowił jej nie odpuszczać – rozliczyć się z nią po powrocie. Siłą zmusić do mówienia…

Żona filantropa

    Pokorna, skromnie ubrana, obdarzająca wszystkich pięknym uśmiechem, właściwie jest samotna. Snuje się każdego dnia jak duch po wielkim domu, bo on jest ciągle w rozjazdach. Pija herbatę w pustym salonie, a obiady je przy bezkresnym stole bez towarzysza rozmów, nawet nie licząc już na jego powrót. Mimo tego bardzo dobrze czuje, że jest jego żoną – jego niewolnicą, w dokładnie niewolnicą dobrego wizerunku.
    Miłość minęła po ich ostatniej wymianie zdań. Dał jej do zrozumienia, że nie ma dla niej czasu, że inni są ważniejsi. Powiedział, że chce zostać w przyszłości burmistrzem i ona musi to zrozumieć i pomóc mu. Zrozumiała. Spuściła głowę, odeszła od drzwi i dała mu wyjść.
    W dzieciństwie nauczona moralności wie, że nie może sobie pozwolić na zdradę. Ze łzami czytała opowieść o Werterze, doskonale wiedząc, co on czuł. Nie może nikomu zwierzać się ze swoich smutków: ani służbie, ani rodzinie, która się nad nią znęcała, a przyjaciół nie ma.
    Często chodzi do ratusza wystawiać swoje prace. Takie piękne, radosne, miękkie obrazy z uśmiechniętymi ludźmi w kolorowych miastach i ogrodach. Ale to nie są dzieła jej życia – te są obecne tylko w jej głowie: powyginane, groteskowe, potworne postacie, które mogłyby każdego przerazić. Zawsze ciemne i wykrzywione bólem.
    Bólem szczerej kobiety zamkniętej w klatce oszustwa.

 
P.S. Nie wiem, o co mi chodzi w tej notce. Kiedy wena przychodzi, wolę o nic nie pytać, za rzadko się pojawia. Mam nadzieję, że teraz się na dłużej utrzyma.