The whispers – pomiatanie maniaczką

- Pamiętasz jak byłaś w psychiatryku?
- Tylko w odwiedzinach…
- Spodobało ci się tam, prawda?
- Tak… Ten park był fajny… drzewa…
- A pamiętasz, że on tam nie wytrzymywał?
- Pamiętam.
- I mimo to chciałabyś tam wrócić.
- Fajnie by było…
- Ha, i tu cię mam! Jesteś maniaczką, na łatwiznę idziesz! Wyolbrzymiać ci się zachciewa!
- Nieprawda…
- Oj, daj jej spokój, co ona ci zrobiła?
- Muszę dać jej nauczkę.
- Ale ja to wszystko wiem…
- No to po co się tak zachowujesz!?
- Bo lubię.
- O ludzie, głupia jesteś!
- Cicho bądź.
- Ech… Powiedzcie, co wam przychodzi z tych kłótni?
- Hmm… Chaos?

P.S. Padłam.

Sobotnia niespodzianka

        Ciekawym jest, że nieśmiałym tak łatwo jest coś razem zorganizować, mimo że boją się wielu rzeczy związanych ze spotykaniem się z nimi. Nie doświadczyłam jeszcze czegoś takiego: praktycznie co tydzień w jakimś rejonie Polski nieśmiali zbierają się, żeby wspólnie pograć w bilarda, kręgle albo po prostu pogadać przy piwie o wszystkim i o niczym. Wczoraj byłam na jednym z takich spotkań.
    Miałam małe trudności z dotarciem do umówionego miejsca, zarówno z powodu choroby, jak i przez to, że do Sopotu jest ładnych kilkadziesiąt kilometrów jazdy. Stresowałam się na myśl, że jak tata dowie się szczegółowo, o której będę jechać i o której wracać, zrobi mi co najmniej wykład o bezcelowości takich wyjazdów – więc postanowiłam poprzestać na krótkiej informacji, że jadę. A jechałam skrajnie wystraszona oglądając w oknie pociągu nieprzebity mrok i marząc, żeby na Monciak nie było trudno trafić…
    Oprócz mnie przybyły na spotkanie jeszcze dwie osoby. I w tym momencie się mocno zdziwiłam: podeszli do mnie od razu ze śmiechem i w ogóle bez nieufności. Poszliśmy do restauracji. I co Wam powiem, nawet nie było dużo momentów niezręcznej ciszy, czego się nie spodziewałam – było po prostu normalnie. Mówiliśmy o studiach, o pracy… Ja oczywiście gadałam jak potłuczona, jak to ja, ale nie czułam się z tym tak nieswojo jak w rozmowie z ludźmi spoza naszej grupy. Relacje polegały na wzajemnym zrozumieniu i empatii… Wiecie, nie poczułam się w ogóle, jakbym coś źle robiła…

    Do domu wracałam już bez zupełnie stresu, pewnie dzięki tej wesołej atmosferze. Ciekawa jestem, czy będę mogła przybyć na kolejne spotkania. Jak będzie – zobaczymy.

Brak tytułu

    Za dużo jest rzeczy, o których boję się tu pisać, za dużo rzeczy, których nieskładności mogę się wstydzić. Po ponad trzech latach wzięłam do ręki mój stary niezapisany pamiętnik. Zaczęłam pisać.
    Długopis sam leciał po kolorowych kartkach, szybko i bezmyślnie, choć nie bez oporu. Nie napisałam wszystkiego, nie, ja na papierze nie umiem. Niby taki jest podział: blog jest do otwierania się na ludzi, pamiętnik na chętniej skrywane boleści – dla mnie doskonałość połączenia obu tych rzeczy jest niemożliwa. Ale przynajmniej dla mojej późniejszej melancholii zostanie garstka moich teraźniejszych emocji.
    Tak jak te, napisane po śmierci dziadka. Strasznie sztuczne są i strasznie trudno mi było je czytać, jednak odnalazłam w nich te uczucia, o których bez własnego przyzwolenia już zdążyłam zapomnieć…

***

    Jeszcze do niedawna dręczyła mnie okropna wizja. Opuściła mnie, ale wiem, że dalej dotyczy tego, co teraz przechodzę. Powiedzcie mi, co byście zrobili, gdybyście stali na rozdrożu, z którego nie ma rozwidleń – ani w prawo, ani w lewo, ani przed siebie, ani nawet do tyłu, a wszyscy nieustannie kazaliby Wam iść we wszystkich kierunkach na raz i tylko Wy mielibyście świadomość, że nie ma wyjścia, bo dookoła jest jedynie wroga i trupio zimna ciemność?…

P.S. Sory, że nie odpowiadam na komentarze i tak opieszale Wasze notki komentuje, ale jakoś tak mi nie idzie… Mam stresa.