The whispers

- Śpisz?
- O tej porze? Co ty.
- O czym myślisz?
- O Nich.
- Znowu? Wiesz, że To się nigdy nie spełni?
- I co z tego? Myśleć mogę.
- A wiesz, że jak tamci się o tym dowiedzą, będą się śmiać?
- Bez przesady! Przecież jestem zdrowa, nic mi nie jest…
- I właśnie dlatego.
- Przestań! Aj, nie lubię cię!
- Ja ciebie też.
- Ta? Ciekawe dlaczego.
- A za te twoje głupie pytania.
- Mówisz?
- No i znowu. Heh, i za to, że sobie nie radzisz.
- Ty też sobie nie radzisz.
- Moja wina?
- A moja? Czy siedmiolatek potrafi myśleć?
- Tamci potrafili.
- Nie potrafili, szli jak bydło. Nie powinnaś ich o to winić.
- Powinnam.
- Nie powinnaś.
- Powinnam!
- Nie powinnaś!
- A tamta? Była wtedy dorosła.
- Tak, pozwoliła im na to.
- Zabrała mi szczęście. Wszystko mi zabrała… Radość, śmiałość… Życie…
- Nie mów tak! Ona nie wiedziała. To nie jej wina.
- A czyja? Moja?
- To przypadek.
- Przypadek?
- Tak, ja też tego nie rozumiem.
- Dlaczego ten przypadek nie zabrał mi rozumu? Wtedy bym miała spokój…
- Nie mów tak!
- Będę.
- Przestań wreszcie! Dlaczego mnie ciągle zamęczasz!?!
- Śpij.

O drodze do czegoś… wielkiego

    Pamiętam taki bliżej nieokreślony moment, w którym nagle natknęłam się na pewną stronę. Wielkimi jak woły literami było wypisane na niej logo „Nieśmiałość”. Można by ją uznać za ładną w swojej prostocie, bo była tak łagodząco jasna i przejrzysta, do tego traktowała o moim problemie, jednak ja w głupiej nieufności uznałam, że pewnie prowadzą ją jacyś przemądrzali śmiali, którzy próbują na siłę wgadać nieśmiałym, żeby „się otrzaskali”, jak to moja mama zwykła mówić – nie licząc tego, że w tamtym czasie biorąc przykład od innych nie brałam mojej przypadłości serio, bo to przecież coś, czym tylko głupi się zajmują. Od tej krótkiej migawki minęło kilka lat…
    Druga miała miejsce prawie rok temu. Zakochałam się (tak, to dobre słowo) w tej stronie na cełego. Nie wiem, może wtedy byłam już dość uświadomiona co do różnych przypadłości psychicznych (w końcu trochę wcześniej przeżyłam coś, czego przeciętny człowiek nie potrafi sobie wyobrazić), może powodem tego było całkiem co innego, w każdym razie doznałam olśnienia: nieśmiałość trzeba leczyć! Do tego znalazło się całe multum osób, w różnym wieku i różnej płci, które też za nieśmiałe się uważały i… odczułam coś, czego nie potrafię do dzisiaj nazwać. Jakieś spełnienie?
    Wędrując po tej stronie znalazłam link do forum traktującego również o nieśmiałości. Tam też się zarejestrowałam i pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam, było opisanie całej mojej szkolnej kariery od przedszkola aż do technikum. Jakich doczekałam się komentarzy… I jak było później – w mojej głowie zaczęło aż huczeć i wirować z przejęcia, nie potrafiłam skupić się na niczym, ciągle miałam powód, żeby ryczeć po kątach. W końcu, po trochu za namową współużytkowników forum, po trochu idąc za własną „fanaberią”, udałam się do szkolnej pedagog…
    Tak zapoczątkowałam swoje leczenie w szkole, a także w poradni, do której pani A. mnie zapisała. Chodziłam na rozmowy (nie wiem, czy mam prawo nazwać je terapią), przeżywając po nich dziwne dla mnie stany na wpół radosnego spokoju wewnętrznego. Czy trwały długo? Nie. Już po pół godzinie potrafiłam dostawać znowu chandry… To był okres burzliwych zmian zachodzących  moim pojmowaniu siebie i świata. Raz byłam nerwowa, raz niespokojnie opanowana, raz spięta i przygarbiona, raz bardziej wyprostowana niż kiedykolwiek, raz optymistyczna, raz – skrajnie zdołowana. A forum w końcu przestałam odwiedzać…
    Wróciłam do niego chyba na wiosnę. Wcześniej uznałam go za przyprawiającego o przygnębienie i zniechęcającego, jednak miałam forumowiczom coś ważnego do napisania, nie pamiętam już, co. Wtedy podeszłam do forum jakoś inaczej – pewnie już jako ktoś bardziej zrównoważony (leczenie przynosiło rezultaty). Wydało mi się weselsze, mogące wreszcie pomóc. Już na nim zostałam.
    I tu następuje punkt kulminacyjny mojej opowieści. W marcu tego roku administrator strony zrezygnował z jej prowadzenia, tak że została ona sama sobie, a dalej działało normalnie tylko forum. Zostaliśmy pozbawieni naszej „ostoi”, podstawy grupy nieśmiałych… Smutno było do ogłoszenia przez admina forum, że poszukiwana jest osoba, która zastąpi tulipa (założyciela strony). Przez jakiś czas nikt się nie zgłaszał, więc… zgłosiłam się ja. Dlaczego? A cholera mnie wie. Myślę, że chciałam zrobić coś dla naszej społeczności, mimo że mówiąc o html-u rozkładałam ręce, ba, jak siostra mnie zachęcała do założenia własnej witryny, kuliłam się jak przestraszony pies. Tak, ja się sobie dziwiłam, siostra była cała hepi – coś nie tak… Może chciałam się sprawdzić?
    Oficjalnie prowadzę stronę od października, chociaż pierwszy raz zaktualizowałam ją dopiero po dwóch tygodniach. Cieszę się z tego jak choroba. Wiecie, zyskałam trochę pewności siebie (czyżby część terapii?), także dzięki temu, że nie siedzę z założonymi rękami i aktywnie uczestniczę w życiu społeczności nieśmialców. Ale wiem, że to jeszcze  nie wszystko… W każdym regionie Polski co jakiś czas odbywają się spotkania nieśmiałych, więc chciałabym na jakieś się wybrać, tylko na razie nie miałam jak, ciągle te zjazdy albo brak kasy na dojazd… A warto by się było zintegrować, czyż nie?

P.S. Wbijajcie tu.

O Kopciuszku, który… stracił moje uznanie

    Nie lubię baśni braci Grimm. Wiecie czemu? Strasznie propagują nienawiść do brzydoty jako czegoś złego i niedorzecznego. O czym to oni pisali – o siostrach Jednooczce, Dwuoczce i Trzyoczce, z których tylko jedna wyglądała jak normalny człowiek i była przez to ciemiężona przez pozostałe – te brzydkie, wredne, bezwartościowe zołzy; o Kopciuszku, który w zamian za urodę otrzymuje szansę na życie na dworze królewskim, czyli w elicie towarzyskiej, a jej przyszywana rodzina obchodzi się smakiem.
    Ja wiem, że skoro czytają to dzieci, nieświadomie przejmują takie okrutne wartości za jedynie słuszne. I widać tego efekty: dokuczanie niewinnych, nie rozumiejących co się dzieje, biednych „brzydul” już od samej piaskownicy,* potem wyszukiwanie wśród starających się o pracę tylko tych najpiękniejszych, a bo – Kopciuszka wszyscy pamiętamy, a ona mimo ciągłego prześladowania ze strony macochy i przybranych sióstr zachowała czyste serce i łagodne usposobienie zupełnie odwrotnie do tamtych, które jeszcze nie dość że były ohydne, to jeszcze niewychowane, chamskie i miały wielkie stopy, tak że tylko od nich uciekać gdzie pieprz rośnie.
    Do ideału Kopciuszka trudno dosięgnąć. First, trzeba mieć nienaganną- naturalną! – urodę. Większość niedowartościowanych i znerwicowanych kobiet stać tylko na gruby makijaż tudzież operacje plastyczne, a tego niestety prawie nikt nie aprobuje. Second, osobowość. Jak przy takich problemach z wyglądem można zachować spokój umysłu, nie nauczyć się kląć i nie awanturować się o byle co?
    Ja to rozumiem, bo mnie to też dotyczy i domyślam się, że są miliony osób, które powitają mnie w nie całkiem pełnym zrozumienia gronie, bo, niestety, każdy jest przesiąknięty tą dziwną nietolerancją… I tu trapi mnie parę pytań, na które odpowiedzi poskąpiło mi życie: dlaczego bierzemy te baśnie serio? Tak, wiem, że to tylko uzewnętrznienie ludzkich marzeń, do tego dawnych i nie do końca przemyślanych i że skoro te marzenia są ludzkie, to także nasze… Ufamy im jak tonący brzytwie, chwytamy czegokolwiek, żeby uratować nasze głęboko ukryte, dziecinne pojmowanie estetyki i sprzymierzamy się wspólnie przeciw wszystkim paskudom, kalekom, osobom niepozornym, nijakim, innym – przeciw samym sobie. Ale dlaczego – mimo że te baśnie stoją na wątłych podstawach? I mimo że nas samych to mierzi?

 
Piękna, zwiewna, naturalna, a jednak – boleśnie sztuczna…

(Zainspirowana notką Mousie)
___
* I tu, zauważcie, zmienia się cel ataku. W baśniach napastnikami i tymi złymi byli brzydcy, w realiach – ci „normalni”, przy czym w ostatecznym rozrachunku, wiecie to, i tak wszystko się miesza. Nikt nie jest bez winy…