A shame

    Jest widoczny efekt odbywania przeze mnie terapii: skończyłam z moją autoagresją. Kiedyś udawało mi się nie kaleczyć najwyżej przez dwa dni, a jakoś późną zimą wytrzymałam bez tego jakoś ponad tydzień. Teraz nie wiem, ile już czasu jestem na „odwyku”, ale poznikały już strupy, a zostały tylko brązowe plamy. Pozostaje mi tylko się trzymać.
    Parę dni temu oglądałam dokument o natręctwach („Obsesje”), czyli raczej o ludziach – tych, których społeczeństwo nazywa „dziwakami”*. Zauważyłam, że ci nerwicowcy mówili o dwóch rzeczach: że wstydzą się tego, co robią, i że wmawiają sobie, że swoimi działaniami sobie pomagają. To mi się wydaje bliskie. Heh, i zobaczyłam po raz kolejny, jakie ma skutki ciągłe mycie rąk… Chyba mało kto o tym wie. W takim wypadku to ino kremy i kremy, i kremy…
    Ja się w ogóle nie cieszę, że przestałam się „drapać”. Mimo wszystko – że już nie kładę się spać w obolałymi ramionami i mniej się boję je pokazywać. Cieszyłabym się, gdyby mama to zauważyła. Zawsze mi wypominała, że niszczę sobie skórę, robiła mi wykłady, jak to później będę miała problem ubrać bezrękawnik itd., itp. Powinna była się spostrzec, że to powoduje nie taki efekt, co trzeba.
    Od początków ciepła ubieram bluzki z krótkim rękawem, sama mama już to widziała. Myślałam, że powie o tym cokolwiek. Na początku nie mówiła. Potem zażartowałam zupełnie bez podtekstów, że brat nosi dresy, bo boi się pokazywać rąk, a mama na to: „Tak, jak ty”. Nie zauważyła.
    Będę musiała sobie kupić krem od blizn. Na razie smaruję się podkładem brązującym. Mama kiedysmi kupiła krem, żebym smarowała mój bliznowiec, rzadko go używałam, w końcu się przeterminował. Teraz nie mogę pozwolić sobie na takie marnotrawstwo. Mam się czego pozbyć – kaleczyłam się od końca podstawówki. Jakieś siedem lat…

P.S. Całkiem niedawn koleżanka spytała na w-fie, czy to, co mam na rękach, to uczulenie. Co miałam odpowiedzieć? Pokręciłam głową, na słowa nie było mnie już stać.
___
* Najbardziej mnie zasmucił mnie przypadek 8- czy 9-latki. Nie zdziwił mnie sam fakt, że dziecko może mieć nerwicę, bo przecież teraz już wszystko jest możliwe, ale to, że objawy są takie silne. Sama dziewczynka wydawała się swoją przypadłością zmęczona. Należy do tych przedwczeście dorosłych…

Drobna różnica

     Są co najmniej dwa rodzaje nieśmiałych ludzi. Nie mówię tu o intro- i ekstrawertykach, chodzi mi o całkiem inny podział. Znam pewną rodzinę, w której co najmniej jedna osoba twierdzi, że jest nieśmiała. Jest wygadana, gościnna, nie boi się zabierać głosu  w małym gronie, ale z tego, co widać, strasznie stresuje się wygłaszaniem publicznych przemówień, przypominając tym niemal dziecko, choć jest już w kwiecie wieku. Raz miała punkt na zebraniu – bała się, potem podobne krótkie przemówienia – i to samo. Jest argument ku temu: występowanie przed innymi, kiedy raczej chce się wtopić w tłum, produkowanie się, mylenie, jąkanie, powodujące dodatkowe nerwy.
    Mój przypadek jest całkiem inny. Już pisałam, że nie bałam się w ogóle ustnych matur. Nie bojęs się też przemówień ani czytania tekstu przed całą klasą. Oczywiście – trochę się denerwuję, no i przez to czytam szybko i niepłynnie – ale nie zadręczam się tym. Jeśli mam przygotowany tekst albo konkretny problem do omówienia, nie ma problemu. Schody się zaczynają, kiedy muszę powiedzieć coś z głębi, moje skryte myśli, preferencje. Zawsze jak brat pyta mnie, którą postać z jakiejś kreskówki najbardziej lubię – nie odpowiem, choćbym i jakąś lubiła. Lubienie jakiejś postaci za dużo mówi o człowieku. To samo jest z innymi na pozór błahymi sprawami: ulubiony smak lodów itd. Nie daję nikomu dojścia do mojej prywatności.
    To chyba nie jest nic dziwnego, dużo jest osób zamkniętych w sobie. Po prostu chyba rzadko się o tym mówi…

Rozrywy trochę…

    Już dawno zobowiązałam się wobec Krzywej, więc wypadałoby się wywiązać… Czyli:

Lubię:
- moje głupie zwieraki – psa Rexa i kota Kota,
- książki fantasy, najlepiej z mocno rozbudowaną psychologią, no i oczywiście lektury,
- moją dziesięcioletnią czarną bluzeczkę (nie wiem jak to się stało, że dotrwała do teraz…),
- kreskówki (ZigZap, Cartoon i Disney Channel i jadziem!).
Nie lubię:
- hipochodrii i wszelkich jej przejawów (sama o włos ją minęłam),
- dręczenia słabszych,
- kiedy brat w mojej obecności skacze przez płot (głową w dół – uooo zgrozoo!),
- kawy, kalafiora i słonecznika.
Jest mi obojętne:
- co znowu wymyślają hollywoodzkie gwiazdeczki, co się ostatnio stało w „Pensjonacie pod różą” i kto wygrał 25. edycję „Tańca z gwiazdami” (nie obejrzałam nawet jednego odcinka, o!).
Marzenie:
- do spełnienia: dostać pracę i mieć dość kasy, żeby opłacić studia, zrobić remont w pokoju i dać trochę rodzicom, co by nie musieli się tak męczyć,
- nie do spełnienia: a o tym już cisza;).
Zmieniłabym:
- moje i mojej rodziny dziwne wybory z dawnych lat,
    No, to chyba wszystko. A teraz… pałeczkę przekazuję alfabetycznie:
- Adamowi,
- Ayo,
- Kaori,
- aaaand… Misouri.
    Pomęczcie się:)

P.S. Polecam film „Trio z Belleville”.
P.S.2. Z ostatniej chwili! Właśnie pracuję nad własnym blogiem z ocenami. Oj, jest roboty, od metra… Możecie zaglądać, podpowiedzieć, link jest tu. Aha, i jeśli chcecie, możecie się do mnie przyłączyć:)