Jedna chwila…

    Sama nie wiem, jak tą notkę zacząć… Wiem, każda śmierć znanej osoby przyprawia o takie dziwne uczucia…
    Jeszcze na studniówce dyrektor czytał wiadomość od niej, że jest z nami sercem, jeszcze w piątek na zakończeniu roku przekazano nam to samo, a tu… Z soboty na niedzielę… Uczyła, zajmowała się naszymi praktykami, ostatnie dwa lata, jeśli była w szkole, chodziła z bardzo krótkimi włosami… Taka dobra kobieta… Aż się tego nie chce… Aż brak słów…
    W środę pogrzeb…
;(

Koniec końców – to już jutro!

    Na koniec roku bilans zysków i strat wychodzi szkole na korzyść. Bo uczniowie kończący naukę nagle zaczynają myśleć o niej dobrze. Wreszcie! – koniec, a do tego tęsknota. Już nigdy do niej w tym samym celu, co zawsze, nie wejdziemy…
    Bluzka uprasowana, klasa się sprężyła, złożyliśmy się na prezent dla wychowawczyni łatwiej niż za rocznego panowania pani B., so -  kwiaty zamówione, nie trzeba lecieć rano do kwiaciarni, ino jutro jadę do szkoły poskanować te moje komiksy, a potem już się zacznie WIELKI DZIEŃ!
    To będzie koniec jeszcze większy niz ten w gimnazjum, mimo tego, że pozostaną mi dwa miesiące wkuwania. Oj tak, już tego samego nie będzie – praca, studia, ale to całkiem inna para butów… W pierwszej klasie prawie co dzień ryczałam w poduszkę, że nie dopisuję, że dyrektor będzie zawiedziony (chociaż nie wiem teraz, dlaczego miałby aż tak na mnie polegać…), wiele razy chciałam iść do sekretariatu zabrać dokumenty tylko dlatego, że myślałam, że i tak daleko nie zajdę, że nie wytrzymam i wydrę się któregoś dnia na polonistkę, że nas tak dręczy, albo na innego nauczyciela, bo nie zdam z histy i podobne rzeczy… No, ale udało się… Teraz polonistka to miła kobitka, wymagająca, ale sympatyczna, a dyrektor… No, dyrektor to dyrektor…
    Nigdy nie zapomnę pani W. od ekonomiki, u której na lekcjach zawsze panowała grobowa cisza i tylko jej głos było słychać (fenomen nad fenomeny), pana W. od PO o kamiennej twarzy, ale który tak mówił, że boki zrywać, nie zapomnę informatyka – szkolnego Włóczykija, co chodzi w stroju a la rybak… Nie zapomnę wielkiej pani B., fizyka, obu matematyczek, byłej historyczki, dyrektorów ani nikogo innego…
    Klasy nie zapomnę – najlepszej, jaką miałam. Kiedykolwiek!

    Dziwnie jest trochę, końca roku prawie nie czuć. Poza tym, że w ostatnie dni były całkowicie luźne lekcje, aż nie chce się tej szkoły opuszczać… W końcu…

27.04.2007 r.
Ja tu wymyślam, że matur się nie boję, a już od dwóch dni mam chore jelita… Miętka się przyda, oj przyda…

Matura, matura…

    Koniec roku pojutrze, oceny wystawione, najgorsze dwa tygodnie czwartej klasy już prawie za mną, matura… Matura mnie czeka… Wiecie?
    Wszyscy w klasie powtarzają, którego przedmiotu się boją: angielskiego ustnego, polskiego pisemnego. Ja się niczego nie boję. Fakt, wybrałam sobie na ustny polak taki temat, że kiedy go komuś podawałam, to tylko się niepewnie uśmiechał. Komiks jako synteza sztuk. Co byście o tym powiedzieli? Bałam się, bo nie wiedziałam, co o tym napisać. Za późno pomyślałam. Jedna znajoma nauczycielka miała pomóc mi przygotować się do ustnej. Miałam do niej zadzwonić – nie szło. Miała potem przyjść – nie przyszła. Strach. W końcu do pani A. się zgłosiłam, to zadała klasie wiersz do analizy i zawołała mnie do pierwszej ławki. Tym, co jej mówiłam, była zachwycona. No, i już się nie boję.
    Na matmę muszę się porządnie przygotować. Kupiłam sobie dziennik z zadaniami tak jakoś z miesiąc temu. Leży na szafce, nawet go nie ruszyłam. Nie poczułam jeszcze tego prawdziwego stresu…
    Jedno mnie wkurza, tzn. to, że w szkole nie idzie zeskanować tych moich komiksów na prezentację. Niby skanery działają, ale nie działają komputery, do których są podłączone. Muszę kombinować…
    A wiecie, moja klasa nominowała mnie do talentu roku. I chyba jeszcze do kujona, ale nie mam pewności… Pamiętam, że na koniec gimnazjum się dowiedziałam, że uznali mnie za wartą miana Pracusia, chociaż nie mam pojęcia, za co. Ja się, cholibka, w ogóle nie uczę!