Symbol

    Ja jeszcze ciągle nie zapominam o Ani z Gdańska, o nie. Co trochę o niej myślę. Wiem, już mało który blogowicz o niej pisze, gazety też już nic prawie nie przebąkują, niedługo przebrzmi na językach ludzi efekt Wertera… Jednak sensacja była, prawda? Ale ja nie o tym… Nasza Ania z Gdańska stała już się symbolem*. Symbolem ofiary szkolnej przemocy? Też, ale przede wszystkim – symbolem spóźnionej reakcji. Nie chodzi mi tylko o to, że Ani można było we właściwym momencie pomóc i w końcu uratować. Symbol ma więcej niż jedno dno.
    Pamiętacie może, jak w programach telewizyjnych w małych rameczkach gdzieś na boczku podawane były informacje o dokumentach o małej oglądalności na temat przemocy w szkole? W informacji napisane były rodzaje przemocy: kopanie młodszych dzieci przez starsze lub zabieranie dwóch złotych na drożdżówkę (znowu z tymi samymi bohaterami). I dlatego, kiedy był jakiś kilku- lub kilkunastolatek ciemiężony w szkole, a nie był kopany ani nie zabierano mu dwóch złotych na drożdżówkę, to tej przemocy nie doznawał i musiał siedzieć cicho. A teraz nagle w gazetach na pierwszych tudzież piątych stronach krzyczały wielkimi literami słowa skargi o Ani i jej podobnych i znajdują się ludzie, którzy z zatroskaniem mówią, że jest przemoc w szkole!
    Ba, zawsze była. Na pewno jeszcze kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt lat temu pięknie się rozwijała. I było o niej cicho. Dzieci płakały po kątach, nawet do psychologów nie chodziły. Nie było współczucia – obecnie być może ktoś śmiercią Ani się zbulwersował, być może poczuł sensację w sam raz na piekną premię, więc napisał…

    Jest akcja, są „dekalogi” szkoły przy wejściu i w środku na ścianach. Co było kiedyś? W gimnazjum zainteresowanie moim cierpieniem sprowadzało się do rozkazów, żebym się wreszcie otworzyła, to koledzy przestaną mnie męczyć (a męczyli, bo nie mieli wyboru, ha!), i do zgraniania mnie z korytarza na lekcji religii przez panią pedagog do siebie na dywanik, próby wyciągnięcia ze mnie czegokolwiek, a kiedy próby spełzały na niczym, na dawaniu mi „Kaczorów Donaldów” do poczytania. W podstawówce… Nie wiem, czy w mojej podstawówce był jakikolwiek pedagog (nie licząc „zwykłych” nauczycieli), a jeśli był, to go nawet nie pamiętam… A co było z innymi dziećmi? Tak samo byli wspierani?
    Powiedzcie mi: czy z niedawnej sensacji coś dobrego wynieśliście? Nauczyliście się czegoś? Spodobały Wam się debaty mediów? Mnie to tylko jeszcze bardziej rozjuszyło. Dlatego nie mogę o Ani zapomnieć…
___
* Tylko symbolem. Nikt postronny nie mógł po jej śmierci prawdziwie rozpaczać. I jak to w takiej sytuacji głośnej na cały kraj jest: bliskich była garstka, postronnych cała masa…

Gorzka bajka

    Pewnego razu w mało znanej mieścinie lokalne gazety zaczęły rozpisywać się nad nieudaną próbą samobójczą 17-letniej Agnieszki.
    Była to sytuacja całkiem dziwna i nowa dla matki dziewczyny, nigdy w życiu nie spotkała się z takim przypadkiem, jednak postanowiła porozmawiać z córką, by dowiedzieć się, co, jak i dlaczego. Agnieszka powiadomiła ją, że od jakiegoś roku ma silną depresję. I tu matka wiedziała już, na czym stoi. Naoglądała się przecież w telewizji różnych okruchów życia i widziała, że młodzi ludzie mogą wyjść z „dołka”. Wydała więc córce rozkaz: „Musisz się postarać, na pewno ci się uda!”, po czym odeszła i wróciła do swoich codziennych zajęć – do pracy, robienia obiadów, czytania gazety, oglądania wiadomości i chodzenia na plotki do sąsiadek. Była bardzo z siebie zadowolona i wszystko sprawiało jej tym większą satysfakcję.
    Jakież było jej zdziwienie, gdy dwa miesiące później znalazła w pokoju martwą Agnieszkę, a na jej biurku kartkę z napisem: „A tego, że ci młodzi ludzie z telewizji mieli bliskich, którzy z całych sił starali się im pomóc, nie zauważyłaś?”!

Morał: Nie wymagajcie od innych nie wiadomo czego, a od siebie nic. Chorzy na depresję nie są w stanie sami z siebie spełnić waszych rozkazów. A jeśli nie chcecie/nie możecie im pomóc, to przynajmniej pogódźcie się z tym, że jest, jak jest, i nie szukajcie winy gdzieś daleko.

P.S. To jest sytuacja całkowicie zmyślona, nie zachęcam też do jej naśladowania. To nie jest dobry sposób rozwiązywania problemów, tylko smutny fakt.

Rewelacja

    Wiem, przesadzam, ale co chwilę zaglądam do artykułów na stronie o nieśmiałości. Taka jest chyba moja cecha charakterystyczna… Szczególnie utkwił mi w głowie jeden artykuł, właściwie raczej rewelacja, jednak jestem w stanie w nią wierzyć. Chodzi w niej o to, że ci, którzy są nieśmiali od dzieciństwa, mogli urodzić się z „nieśmiałym” mózgiem. Dziwne, ale jak inaczej wytłumaczyć moją”chorobę”?
    Pomyśleć, że prawdopodobnie przez takie coś miałam tyle problemów! Szok, wiem, o wiele lepiej byłoby się urodzić z normalnym mózgiem, ale niestety… Przynajmniej mam dla wszystkich wymówkę dopóki się nie wyleczę – o ile oczywiście będę miała odwagę o niej wspomnieć.

    Macie tu link, poczytajcie sobie – catch.