A mój tata listonoszem jest…

    Chyba każdy chciałby być dumny ze swoich rodziców, z tego, co robią, tak właściwie. Może to dlatego, żeby mieć jakiś pogląd na siebie, skoro jest się ich dzieckiem?
    Mój tata wykonuje sławny ostatnio zawód. Listonoszem jest. Od kiedy pamiętam albo i jeszcze dłużej; ma prawie największy staż pracy z miejscowych listonoszy.
    Prawie go w domu nie ma. Rano wstaje jeszcze przed szóstą, 20 po wychodzi, a do domu wraca na samą kolację. Nie, nie kolację – na spóźniony i tak obiad, a już wtedy zimny. Czasami przychodzi, kiedy jest jedenasta w nocy (zazwyczaj w święta)… Nie pamiętam, żeby wrócił po normalnych 8 godzinach pracy. Nie, pamiętam: jak byłam bardzo mała, oglądałam wtedy kreskówkę nadawaną na jedynce o 13.00 i tata zajrzał do pokoju. Byłam w totalnym szoku! Ale to sobota była…
    Czasami pomagam tacie robić „pracę domową”, jak to tata mawia. A to na kompie (wyjątkowo stresujące zajęcie, wierzcie mi), a to ręcznie (sprawdzam obliczenia). Widziałam te normy, w których tata musi się codziennie zmieścić. Ale to trzeba chyba mieć dopalacz w tyłku, a odbiorcy muszą stać już przy drzwiach z przygotowanym sprzętem do podpisywania (czyt. okulary itp.) i pilnować, żeby zajęło to te naście sekund! Nawet w rosyjskich łagrach nie było takich wymagań!
    Tak było od zawsze, ale co niedawno wymyślili? Sprzedaż obnośną. I roznoszenie ulotek za darmo. Trzeba proponować ludziom kupienie jakichś podpasek, chociaż mogą sami się przejsć do sklepu, bo premii nie będzie. I ja jestem stałą taty klientką, bo kupuje co miesiąc karty do telefonu (za tatowe pieniądze oczywiście), choć rejon taty jest na drugim końcu miasta. A ulotki trzeba zanieść do każdej skrzynki, nie tylko do tych, których właścicielom tata ma do doręczenia list. I to ma zająć 8 godzin dziennie, a wynagrodzenie za to ma starczyć jedynie na opłaty i trochę jedzenia…
    Nie, tata nie strajkował i strajkować nie zamierza.

    Tak, i to jest praca listonosza właśnie. Ale wiecie? Dumna jestem z taty. Bo chodzi codziennie do pracy i nie narzeka, chociaż ja na jego miejscu dawno bym kręćka dostała. Może tego nie okazuję, ale dumna jestem…

    Mimo że tak dziwnie się dzieje z tą pocztą, jakoś tak zależy mi, żeby znależć na niej pracę. Bo akurat poszukują do niej ludzi po skończonym technikum ekonomicznym. A praca w okienku nie jest wcale najgorsza. W tych czasach…

P.S. Chyba z deczka „niepoprawna politycznie” ta notka jest… Jak myślicie?

Laps

    Wiecie, nie ufam mediom. Nie ufam telewizji, nie ufam brukowcom, nie ufam tez gazetom, które, mogłoby się wydawać, są porządne. Nie ufam im od czasów mojego pobytu w gimnazjum, kiedy to w lokalnym tygodniku moja rodzina znalazła i ogłosiła ze śmiechem wszem i wobec po całym domu tekst bliżej nieokreślonych gimnazjalistów o swoim koledze z klasy. O niejakim Lapsie. Ten tekst był tak okropny i tak mnie przestraszył, bo był jawnym oczernieniem komuż winnemu młodemu człowiekowi. Co on zrobił swojej klasie? Ano dostał się do niej i pozwalał na poniewieranie.
    Tego się właśnie śmiem domyślać znając sytuację moją i ogólną złośliwość dzieciaków. Wiem, że oni mają zwyczaj wybierać w miarę słabego psychicznie kolegę (lub też koleżankę) i zniszczyć go jeszcze bardziej. Boli, bo ja też to przeszłam.
    Przyglądaliście się kiedyś klasowym ofiarom? Jak chodzą, jak mówią, jak reagują na zaczepki? Tak, śmiesznie. Ale to jest nie ich wina, lecz wytwór nietolerancyjnych uczniów, nauczonych w domu nie wiem czego. Stres potęguje nerwy, a przez nerwy człowiek tak właśnie śmiesznie się zachowuje.
    Ale co oni czują? Odrzucenie. Wiedzą, że nie są przez klasę dobrze przyjęci, myślą, że coś z nimi nie tak. Uważają siebie za coś gorszego niż człowiek. I mało kto próbuje im uświadomić, że to ich kaci mają nie po kolei w głowach. To boli…

    Ja jestem nieśmiała, teraz się z niej leczę, próbuję zapomnieć. Może mi sie uda. Mam nadzieję. I współczuję Lapsowi…*

    Jedna lokalna gazeta pozwala sobie na publikowanie na jej łamach oszczerczego tekstu zwyrodniałej młodzieży, a za parę lat inna zauważa terror w szkołach, powodując, że wtedy Minister Oświaty chce coś z nim zrobić. Dlaczego tak późno? I czy na pewno szczerze?

P.S. Tak, mnie nazywano inaczej, i w podstawówce, i w gimnazjum. Do dziś się tych przezwisk wstydzę… Niemowa i Zamulator, kto to czyta, ten wie.
___
* Źle, że tego przezwiska używam, ale co zrobić, kiedy nie znam jego prawdziwego imienia? Jakby co, wielkie sory.

Chwila

    Pisałam już notkę o tym samym tytule, ale złośliwie się nie opublikowała, jeszcze net mi zamula, napiszę więc krótko…
    Po rozmowie z p. pedagog przez resztę lekcji miałam aż dziwnie dobry humor, aż sama w to nie mogłam uwierzyć. I nawet kiedy zwiały mi 2 autobusy (mało możliwe? A jednak) byłam po prostu spokojna. Jak to możliwe, że tak mało może tyle dać?
    Ale niestety, kiedy wróciłam do domu… brat piszczy, radio nadaje, siostra jak lew, z planowanego postu szopka wychodzi… Jak zapanować wtedy nad nerwami? Jeszcze nie umiem…